Francuska opowieść z drogi do Santiago de Compostela wchodzi właśnie do kin. Chciałby człowiek napisać: - Hurra! Kolejny film o camino. Tyle, że „Camino dla opornych” to opowieść, dla której camino jest jedynie tłem i pretekstem do opowiedzenia mocnej historii o 17-letnim chłopaku, którego camino ma naprawić.
Jako caminowicze, znamy takie historie, prawda? Pewnie wszyscy mamy w rodzinie kogoś, kogo chcielibyśmy na Camino de Santiago wyciągnąć, by droga go trochę naprawiła. I tym wszystkim naszym znajomym, bliskim i wrogom powinniśmy ten film zaproponować, chociażby po to, by zasiał w nich chęć pójścia do Composteli.

Dystrybucją filmu w Polsce zajmuje się Rafael. Na plakacie filmu pojawił się więc dramatyczny podtytuł „Pielgrzymka… która wymknęła się spod kontroli” oraz nazwiska dwojga głównych aktorów ułożone w aureolę. Ale uspokajam (a u innych sieję niepokój); Film nie jest ani o pielgrzymce, ani o świętości.
Fabuła na pierwszy rzut oka wygląda na wymyśloną przy biurku. Fréd, nauczycielka z piętnastoletnim stażem, po incydencie z uczennicą zostaje zawieszona w pracy i trafia do programu wsparcia młodzieży. Dostaje pod opiekę siedemnastoletniego Adama, chłopaka z wybuchowym charakterem i niezłą kartoteką.
Przed nimi trzy miesiące pieszej drogi do Santiago, bez telefonu, bez internetu, z obowiązkowym limitem dwudziestu pięciu kilometrów dziennie.

Ale to nie wymyślona historia, bo taki projekt resocjalizacyjny działa w rzeczywistości od ponad dwudziestu lat. Francuskie stowarzyszenie Seuil, założone przez Bernarda Ollivier, zabiera młodych ludzi w poważnych kłopotach na kilkusetkilometrowe piesze wędrówki, zawsze jeden młody człowiek i jeden dorosły towarzysz.
Ollivier sam przeszedł kiedyś Jedwabny Szlak z Istambułu do Xi’an i to z tego doświadczenia wyszła jego teza, że długi marsz robi z człowiekiem coś, czego nie zrobi żadna rozmowa w gabinecie.
Jeśli więc będziecie oglądać ten film i pomyślicie, że przecież nikt tak nie robi, to robi. I to nie jest marketing, to metoda, która ma swoją literaturę i swoje wyniki. W to akurat wierzę.
Przede wszystkim Hiszpanii. Zdjęcia w dużej części powstały we Francji, a Hiszpania pojawia się tak naprawdę w ostatnich kilkudziesięciu minutach. Jeśli idziesz do kina po widoki, które znasz z Camino Francés, po Mesetę, po Cruz de Ferro, po wejście z Monte do Gozo, to tego tu po prostu nie ma. Nie narzekam, tylko uprzedzam.

Nie ma też spójnej trasy. Materiały dystrybutora mówią o 800 kilometrach drogi i w tym samym opisie o trzech miesiącach marszu po dwadzieścia pięć kilometrów dziennie. Przy takim tempie trzy miesiące to grubo ponad dwa tysiące kilometrów, czyli zupełnie inna wyprawa.
Jedna z tych dwóch liczb jest z innego filmu. Ale ja na ekranie widziałem zdecydowanie więcej kilometrów, niż wspomniane osiemset. Bohaterowie (gdzieś już w końcówce filmu) w ciągu 30 sekund i 6 ujęć kamery przenosili się z Castro de Barona (w okolicach Noia) na Camino Portugues pod wodospady Barosa, by wstając teleportować się do Combarro na Camino Espiritual.
Caminowi wyjadacze będą musieli panować nad sobą na sali kinowej. Ale to nie jest film dla nich. To zdecydowanie film dla tych, którzy na camino dopiero ruszą. I tutaj ten warsztat filmowy i kreatywne upychanie przypadkowych krajobrazów się broni.
Nie ma wreszcie wiary, w każdym razie nie jako głównego tematu. Bohaterowie raz nocują w klasztorze, ale nie wynika z tego nic dalszego. Nie ma mszy, nie ma spowiedzi, nie ma nawet rozmowy o tym, po co ludzie od tysiąca lat idą właśnie do Santiago, a nie gdziekolwiek indziej.
Nawet o organizacji, dla której pracuje bohaterka, nie dowiesz się tyle, żeby rozstrzygnąć, czy jest kościelna, czy świecka. Religijność jest tu potraktowana powierzchownie i mówię o tym od razu, żeby nikt nie szedł do kina z nadzieją na film o pielgrzymowaniu. I nie mówię, że to źle. Uważam to za atut tego filmu.
Camino na ekranie widziałem już z drugiej strony kamery. Przy filmie „Pielgrzym Nadziei” dla Telewizji Polskiej, w którym narratorem był Jasiek Mela, odpowiadałem za całą logistykę zdjęć na szlaku. Wiem więc, ile zakrętów się ścina, żeby jak najwięcej camino zmieściło się w filmie.
Ale gdybym dziś miał Wam napisać, którym szlakiem camino, jaką trasą przeszli bohaterowie tego prawie dwugodzinnego filmu - nie powiem. Nie da się. Niby chwilami są na jakiejś Mesecie (a może to dehesy Estremadury?), za chwilę nad oceanem, a po chwili już w Santiago (choć jeszcze według scenariusza tam nie doszli).
Dlatego ciężko było mi patrzeć na film pod kątem camino. Ale film obronił się czym innym.


Przez całą drogę Fréd obiecuje chłopakowi, że w Santiago będzie czekała na niego matka. On idzie z tym przez pół Francji i całą Hiszpanię. Można to czytać zwyczajnie, jako kłamstwo opiekunki, która musi czymś podtrzymać nastolatka na nogach.

Potem siedzą na schodach przy placu Obradoiro. To miejsce, w którym kończy się ich droga, wiadome.
I tam Fréd wyjmuje z plecaka coś zawiniętego w szmatkę. Figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem. Niosła ją przez całą drogę, nie mówiąc o tym nikomu, i oddaje ją chłopakowi. Obiecała mu matkę w Santiago, więc daje mu Matkę.
Nie będę z tego robił kazania, bo film tego nie robi i dobrze, że nie robi. Napiszę tylko tyle: to jedyne miejsce, w którym twórcy sięgnęli po coś, co na Camino rzeczywiście jest. Nie po widok, nie po muszlę na słupku, nie po żółtą strzałkę. Po gest, który każdy, kto szedł do Santiago z jakąś intencją w plecaku, rozpozna od razu.

Nie szedłbym po kolejny film o camino. Bo to nie jest film o Camino.
To film o drugiej szansie, w którym Camino jest tłem, i jako takie działa.
Dystrybutor porównuje go do „Nietykalnych” i to porównanie jest uczciwe: dwoje ludzi, którzy nie mieli żadnego powodu się spotkać, zostaje ze sobą na tyle długo, że nie da się już udawać. We Francji obejrzało go w kinach ponad 1,2 miliona widzów, więc działa nie tylko na pielgrzymów.
Jest też drugi powód i to ten, dla którego naprawdę warto.
Moi synowie szli ze mną na Camino w tym roku. Mieli piętnaście i trzynaście lat. Nie są trudnymi dziećmi, nie mam więc doświadczenia bohaterki tego filmu i nie będę udawał, że mam. Mam inne: przez dwa tygodnie byłem dwadzieścia cztery godziny na dobę z własnym dzieckiem, a to w normalnym roku nie zdarza się prawie nigdy.
I okazało się, że to jest nauka dla obu stron. Dla młodego człowieka to nauka starszego i jego dziwnych zwyczajów, a dla mnie nauka czegoś, co w domu jest niewidoczne, bo w domu zawsze dzieje się „życie”. Na szlaku nie ma normalnego „życia”. Jest droga, plecak i ten drugi człowiek.

Dlatego jeśli planujesz Camino z synem, z córką, z wnukiem, to na ten film idź. Nie po widoki Galicji, nie po kolejną opowieść „było ciężko, ale się udało”, tylko po trudne sytuacje. Zobaczysz kilka takich, w których się z młodym człowiekiem na camino znajdziesz, i lepiej zobaczyć je wcześniej na ekranie niż pierwszy raz na trzydziestym kilometrze, kiedy obaj jesteście zmęczeni i nikt nie chce ustąpić.

Reżyseria Yann Samuell, w rolach głównych Alexandra Lamy i Julien Le Berre, 113 minut, tytuł oryginalny „Compostelle”. Polski dystrybutor to Rafael Film, w kinach od 30 października. Szczegóły i lista kin: rafaelfilm.pl/camino.
A jeśli po wyjściu z kina zechcesz zobaczyć te miejsca naprawdę, i to w kolejności, w której faktycznie leżą na szlaku, to nasz kalendarz wyjazdów na Camino de Santiago jest tutaj.
Zdjęcia: materiały prasowe Rafael Film. © Wonder Films, Eveya Productions, Page Films, Apollo Films Distribution, France 3 Cinéma, Auvergne-Rhône-Alpes Cinéma, Artémis Productions. Fot. Marie-Camille Orlando.
PON - PIĄ: 08:00 - 16:00
SOB: 10:00 - 14:00
NIEDZ: Odpoczywamy. Ty też odpocznij.
Nie wstydź się! Daj nam znać jeśli masz pytania.