Kuba Pigóra. O sobie na Camino i nie tylko.

Kuba PigóraWcale nie jest trudno pisać o sobie. Jak napisałem już na kilku innych blogach, o sobie jest pisać najłatwiej.

Problem powstaje, gdy chcesz napisać coś w taki sposób, by opis spodobał się wszystkim. Dodatkowo stresuje mnie myśl, że większość z Was trafiła  na stronę z wyszukiwarki, szukając informacji konkretnie o mnie.

Dobrze by zatem było, gdybym przedstawił siebie w jak najlepszym świetle. No,spróbujmy.

Krótka wersja brzmi tak:

Nazywam się Kuba Pigóra  (a właściwie Jakub i to imię ma ogromne znaczenie w moim życiu, ale o tym później- w sumie nie wiem, dlaczego wolę używać imienia Kuba?). Lubię czytać, podróżować, uczyć się nowych umiejętności, zarabiać i wydawać pieniądze. Niekoniecznie w takiej kolejności. Co  jest zatem najważniejsze? Podróże.

Kocham moją żonę i dzieci. Mam dwóch wspaniałych synów.

Zwiedziłem już kilkadziesiąt krajów i zanim umrę, chcę zrealizować swoją listę marzeń. Mieszkam na szlaku do Santiago de Compostela.

Długa wersja (jeśli nie masz nic ciekawszego do roboty, przygotuj się na trochę marudzenia).

Jak to się wszystko zaczęło?

Urodziłem się w 1982 roku we Wrocławiu, a od urodzenia mieszkam w Sobótce- małej, cudownej mieścinie na Dolnym Śląsku. Tutaj z sukcesami ukończyłem przedszkole i podstawówkę. W przedszkolu miałem same piątki (szóstek jeszcze nie wprowadzono) a w podstawówce piątki z minusem. Niestety na moim świadectwie popełniono masę błędów i nie mogę tych wyników potwierdzić na papierze.

Gdy przyszedł czas szkoły średniej, nie miałem pomysłu na życie i wydawało mi się, ze najlepszym wyjściem będzie liceum ogólnokształcące, które pozwoli mi przez kolejne cztery lata swobodnie przemyśleć, co chciałbym w życiu robić. Moja mama miała inny plan.

Usłyszała od koleżanki, że jej syn wybrał Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu i ?tam w internacie mają takie ładne pokoje?. Mama chyba chciała się mnie pozbyć z domu. Nie sprzeciwiłem się.

Pięć lat rozpusty i pierwsza ucieczka z kraju.

Technikum Żeglugi Sródlądowej we Wrocławiu było miejscem magicznym (wtedy tak mi się wydawało). Nie dość, że trafiłem na klasę, w której na 5 facetów przypadało aż 28 dziewczyn, to dodatkowo miałem okazję wyrwać się z domu i spędzać czas w taki sposób, jaki sobie zamarzyłem. Niestety spędzanie czasu na wycieczkach po mieście w godzinach zajęć lekcyjnych i palenie ?złych papierosków? nie wpłynęło najlepiej na moje końcowe wyniki w nauce, ale wśród rówieśników i nauczycieli (na których opinii mi zależało) byłem raczej lubiany. Cóż więcej trzeba?

W technikum moim największym marzeniem było podróżować. Samemu, albo w parze (z jedną z dziewczyn w których bardziej lub mniej jawnie się podkochiwałem). Oczywiście szczeniackie miłości skończyły się tak szybko jak skończyła się nauka w technikum. Pozostała za to miłość do zwiedzania świata.

Aha, zapomniałbym. Pasję do podróżowania zaszczepiła we mnie moja pierwsza wychowawczyni (jeszcze w szkole podstawowej w Sobótce). Była to Pani Piasecka, którą po prostu ubóstwiałem za jej wspaniałe podejście do młodych ludzi. Była wyrozumiała, cierpliwa i mądra. Gdyby nie różnica stu trzydziestu lat między nami, mógłbym się znowu zakochać.

Wróćmy zatem do tych podróży. Kilka tygodni przed maturą uderzyła mnie ta sama myśl, która dręczyła mnie pięć lat wcześniej, gdy kończyłem podstawówkę. Co dalej do jasnej cholery? Mama nie miała więcej pomysłów, więc musiałem wygłówkować coś na własną rękę. Kostaryka? Ok. Lecę!

Siostra mojej mamy wraz z mężem i dziećmi prowadziła tryb życia o jakim zawsze marzyłem. Ciągłe przemieszczanie się z kraju do kraju, poznawanie języków, ludzi. Kilka lat później okazało się, że taki tryb funkcjonowania jest nie dla mnie, choć pasja do poznawania nowych kultur i ludzi pozostała na zawsze. Teraz jednak postanowiłem wprosić się do nich na jakiś czas i zamieszkać w Kostaryce. Rodzice ufundowali mi bilet, którym w czasie matur mogłem z  podniesioną głową chwalić się koleżankom i kolegom w naszej szkolnej palarni (czytaj- kiblu).

Matury minęły, a ja nie czekając na ostatnie ich wyniki wyleciałem na drugi koniec świata, za ocean, siedem gór i lasów. Do tej pory wspominam 40 godzinną podróż przez Warszawę, Amsterdam i Miami do San Jose i dalej Escazu jako jedną z największych przygód w życiu. Pewnie dlatego, że była to PIERWSZA prawdziwa przygoda. Pomyślałem sobie:  -no to gościu, jesteś królem świata, wszyscy są  tobie poddani i składają dary u twoich stóp. Za kilka lat będziesz milionerem z własną siecią hoteli w tej małej republice bananowej. Sprawy jednak potoczyły się innym torem.

Kilka miesięcy później, gdy wylądowałem na Okęciu i bez żadnego strachu przed ojcem zapaliłem przy nim papierosa, pomyślałem, że mógłbym podróżować i zarabiać na tym pieniądze (jak Wojciech Cejrowski, którego wtedy jeszcze nie znałem- prócz wystąpień w WC kwadransie oczywiście). Oczywiście była to mrzonka i nigdy nie udało mi się zarobić ani grosza na moich opowieściach z podróży (chyba za słabo się lansowałem). Do dzisiaj jednak uważam, ze straciłem szansę i pewnie każdego dnia ją tracę. Podróżuję za mało, choć i tak więcej niż większość  moich rówieśników.

Z Kostaryki pozostały mi jednak niesamowite wrażenia, czasem podobne do tych, jakie opisywał Cizia Zyke w swojej książce ?Złoto? (którą na psa urok przeczytałem też dopiero po powrocie z Kostaryki). Piękny czas głównie dzięki moim gospodarzom, którzy przez moją bezmyślność mieli sporo kłopotów, ale nie narzekali?

Jestem studentem, założę bank.

Co można innego robić w Polsce, jak nie studiować lub pracować w fabryce u koreańczyków za trzysta złotych na rękę? Poszedłem zatem na studia. Wybór padł na finanse i bankowość, bo ubzdurałem sobie, że najpierw zbiję fortunę w Polsce a potem kupię ziemię  gdzieś w Ameryce Centralnej, postawię tam swoją bambusową chatkę i całymi dniami będę palił marihuanę, popijał lokalny rum i pływał łódką wśród stada delfinów.

Po drugim semestrze stwierdziłem, że uczelnia reprezentuje zbyt niski poziom, jak na moje wygórowane oczekiwania i zrezygnowałem. Rodzice chyba nie byli zbyt radzi z tej decyzji (w końcu przez cały rok opłacali moje czesne).

Jesienią tego samego roku, gdy okazało się, ze praca na budowie w firmie mojego taty nie przynosi mi oczekiwanej satysfakcji, a kręgosłup pękł w dwudziestu czterech miejscach, wyjeżdżam do Zieleńca niedaleko Dusznik Zdroju, żeby pracować jako multibarman w schronisku ?Orlica?. Kim jest multibarman? Barmanem, który od czasu do czasu sprząta, rąbie drewno i nosi do schroniska węgiel w wiadrach po ośnieżonym stoku narciarskim, a na wiosnę wybiera ze studni żaby, które się tam zalęgły.

Do ?Orlicy? przyjechałem kilka dni przed Bożym Narodzeniem (doskonały czas, żeby wyrwać się z domu). W dzień Wigilii przyjechały posiłki (nie w postaci barszczu z uszkami i karpia w galarecie, ale w postaci zarośniętego brata mojej koleżanki z podstawówki, którego mama nagrała mi tą pracę). Z Michałem mieliśmy pilnować interesu i przez cały sezon zimowy pracować razem za barem, w kotłowni i wykonując masę innych, bardzo ciekawych prac.

Już pierwszego wieczoru zakochaliśmy się w sobie, a miłość przypieczętowało kilka skrzynek piwa, które wypiliśmy z barowej lodówki, której miałem osobiście pilnować przez najbliższe tygodnie. Wkrótce do naszej zgranej ekipy dołączyła Magda- dziewczyna Michała. Z Magdą też był ubaw i miała jeszcze jedną niepodważalną zaletę. Mogła stać za barem w chwilach, gdy my z Michałem leczyliśmy na zapleczu kaca, wypijając kolejną butelkę wódki. Magda jest dziś  żoną Michała, a moją szwagierką- o czym za chwilę.

Zieleniec wspominam ze łzą w oku, choć nie przyczynił się ani trochę do zmniejszenia debetu na moim koncie bankowym. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że barowe długi były znacznie wyższe niż nasza wypłata. Ale w końcu żyje się raz.

Ewa i moja druga ucieczka.

Ewa była dziewczyną, którą znałem jeszcze od przedszkola. Na grupowym zdjęciu z pięciolatków leżę u jej stóp. Ona ma na sobie falbaniastą sukienkę i wielkie bryle. No, wygląda naprawdę zjawiskowo. Ja w odróżnieniu od niej wyglądam rasowo- dresik, sportowe trampki i mokra plamka w okolicach krocza- zsikałem się, czekając na swoją kolejkę do zdjęcia.

W podstawówce wylądowałem razem z Ewą w tej samej klasie. Miłości jeszcze wtedy nie było, ale na imprezie z okazji zakończenia klasy ósmej, całowałem ją namiętnie ku uciesze głupawych kolegów. Potem odprowadziłem ją do domu i pozwoliła mi na złapanie jej pośladków w namiętne objęcie. Coś wtedy zaiskrzyło, ale wspomniane wcześniej technikum zmieniło moje plany zakładania rodziny w wieku 16 lat. Ewa musiała poczekać (dzięki Bogu, że poczekała).

Wróciłem zatem z Zieleńca i po kilku miesiącach zacząłem się spotykać na piwie i wódce z Michałem, który jakiś czas po mnie rzucił robotę w schronisku ?Orlica?. To wtedy znowu zacząłem widywać Ewę. Była chyba jedyną dziewczyną, której imię wymawiałem tak delikatnie. Nie wołałem do niej Ewka! ? Ewa, cześć, co u Ciebie? A ona w swoim podkoszulku na ramiączkach odpowiadała: ? Cześć, zawołać Michała? To było takie romantyczne. A tak poważnie, to po kilku wspólnych imprezach przychodziłem już nie do Michała, ale do Ewy.

Oficjalnie staliśmy się parą po tym, jak pojechałem po nią w nocy, gdy wracała z Przystanku Woodstock, zmęczona i pokłócona ze swoim chłopakiem. Idealny moment na podryw. Nie pozostało mi nic innego, jak sprawić, by zobaczyła we mnie lepszy model. I tak się stało. Powtórzyliśmy pocałunek z zakończenia ósmej klasy i od tej pory na zawsze byliśmy już razem?

Ale hola, hola. Co z tą drugą ucieczką?

Był rok 2005, Polska weszła do Unii Europejskiej i Anglicy popełnili błąd, otwierając nam granicę.Podobnie jak milion innych młodych Polaków, spakowałem się w torbę i wyjechałem szukać lepszego życia. Ewa kończyła wtedy studia na Uniwersytecie Wrocławskim. Po roku przyjechała do mnie i zamieszkaliśmy razem.  Byliśmy już wtedy po zaręczynach, które odbyły się w paskudnym schronisku w Karpaczu, poleconym przez mojego teścia. Od tej pory nie słucham rad teściów.

Anglia to kolejny świetny okres w moim życiu i mimo tego, że większość czasu spędzałem tam na pracy po 10-12 godzin na dobę przy produkcji kiełbasy lub testowaniu silników diesla, to i tak wspominam ją wspaniale. Co roku mogliśmy odbyć chociaż jedną egzotyczną podróż i kilka mniejszych wypadów do kraju lub gdzieś na północ. Pieniądze nie były problemem. Problemem był brak czasu. Praca pochłaniała większość naszego cennego, młodzieńczego życia. To nas dobijało. Zdecydowaliśmy się na ślub w Polsce, a rok później znowu wszystko przewróciło się do góry łbem.

Camino de Santiago, czyli jak zostałem pielgrzymem.

Któregoś sobotniego popołudnia, siedząc w naszym przytulnym mieszkanku na Hampton Vale, wpadła nam do głowy myśl o jakiejś długiej, ekstremalnej podróży. Ewa wspomniała o drodze św. Jakuba w Hiszpanii o której czytała w ?Pielgrzymie? Paulo Coehlo wiele lat wcześniej. Do mnie nigdy ta powieść nie przemówiła. Wydała mi się wręcz nudna. Poczytałem jednak w sieci o Camino de Santiago i łyknąłem haczyk. Wiedziałem, że to coś  dla  mnie. Camino stało się celem i zdominowało moje życie od tego popołudnia.

To była końcówka marca 2008 roku. W sierpniu byliśmy już u podnóża Pirenejów, we francuskiej wiosce Saint Jean Pied de Port i następnego ranka mieliśmy pokonać szczyty górskie, by przedostać się na stronę hiszpańską. Po tamtej stronie czekała nas już tylko miesięczna wędrówka 800-kilometrowym, średniowiecznym szlakiem przez całą Hiszpanię, który miał nas doprowadzić do katedry w Santiago de Compostela w której złożone do grobu zostało ciało św. Jakuba Apostoła- jednego z najbliższych uczniów Chrystusa.

Nie muszę opowiadać o samym Camino. Z pewnością znajdziesz na jego temat masę interesujących informacji w internecie. Możesz nawet odwiedzić naszego bloga, którego zaczęliśmy prowadzić wybierając się na Camino de Santiago. W każdym razie stała się rzecz niesamowita. Z rozpustnika i lekkoducha stałem się nagle  pielgrzymem, dla którego ogromne znaczenie w życiu ma Bóg, rodzina i przyszłość. Otworzyłem też  oczy na innych ludzi i zacząłem się bardziej przejmować ich losem. Nieważne stały się pieniądze, sława i zdobywanie świata. Stałem się pielgrzymem na Drodze i w życiu.

Po powrocie z Camino nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Pytaliśmy siebie: -co dalej? Wpatrywaliśmy wzrok w siebie i opuszczaliśmy ramiona w bezsilności. Tak jakby świat się skończył i od nas zależało, co wybudujemy na jego miejsce. Camino zmieniło nas na wskroś. W Anglii przeprowadziliśmy się do innego miasta, bliżej Michała- brata Ewy, który podobnie jak my od kilku lat mieszkał na wyspach. To nic nie zmieniło. Pewnego dnia, jadąc po złej stronie drogi naszym fordem focusem, doszliśmy do wniosku, że musimy wrócić do kraju, do rodziny.

Polskie Camino i camino życiowe.

Po powrocie do kraju zamieszkaliśmy w domu Ewy rodziców (do dziś tam mieszkamy- już niedługo). Ja zaangażowałem się w tworzenie szlaków św.Jakuba w Polsce. Okazało się, że podobnych wariatów jak ja jest w Polsce jeszcze kilku i mają oni już spore osiągnięcia w dziedzinie znakowania szlaku prowadzącego na drugi kraniec Europy. Przygoda na Polskim Camino była i jest dla mnie czymś, bez czego nie mógłbym dzisiaj chyba funkcjonować. Mimo tego, że od dłuższego czasu nie mam możliwości aktywnego działania na Camino, to i tak serce mocniej mi bije, gdy usłyszę słowa: ?św. Jakub?, ?Santiago?, czy ?Compostela?.

Dzięki temu hiszpańskiemu Camino, ruszyliśmy na nasze prawdziwe życiowe Camino. 2 lipca 2011 roku urodził się nasz syn Piotr i teraz to on jest dla nas centrum wszechświata. Mam nadzieję, ze jego wychowanie nie będzie kolidowało z  listą marzeń, a wręcz przeciwnie- że będzie podobnie jak jego rodzice,ciekawy świata i otwarty na wszystko co nowe.