Po co człowiek idzie na Camino? Dla widoków? Dla sportu? Żeby schudnąć? Dla klimatu Hiszpanii? Dla pieczątek do credenciala? A może po prostu dlatego, że w ostatnim czasie Camino de Santiago stało się bardzo modne?
Prawda jest taka, że każdy idzie po coś innego. I właśnie dlatego nie ma jednej dobrej odpowiedzi na pytanie, ile kilometrów dziennie „powinno się” robić, jak należy przeżywać Camino i czy lepiej iść samemu, czy z kimś.

Dla jednego Camino będzie spokojną drogą po 15 kilometrów dziennie, z długą kawą, zdjęciami kościołów i odpoczynkiem po południu. Dla drugiego będzie wysiłkiem, ciszą, potem, bólem nóg i próbą dojścia trochę głębiej do samego siebie.
Ja od dawna wiedziałem, że chciałem przejść Via de la Plata właśnie tak, a nie inaczej. W sierpniu. W największym upale. W pustce. W trudzie. Nie dlatego, że to rozsądne. Nie dlatego, że tak radzą przewodniki. Właśnie dlatego, że tak to sobie przez lata wyobrażałem. Nie interesowała mnie wygodniejsza wersja tej drogi. Nie chciałem iść wtedy, gdy jest lekko. Chciałem zobaczyć, co zostaje z człowieka wtedy, gdy jest naprawdę ciężko.
I to jest chyba pierwsza ważna rzecz, którą warto zrozumieć o Camino.
Większość ludzi zaczyna od logistyki. Ile dni. Ile kilometrów. Jaki plecak. Jakie buty. Czy rezerwować noclegi. Czy brać kijki. To są ważne pytania. Sam o nich często mówię. Tylko że one są wtórne.
Pierwsze pytanie brzmi inaczej: po co ty tam w ogóle idziesz?
Bo od odpowiedzi na to pytanie zależy prawie wszystko.

Jeśli idziesz dla spokoju, to nie potrzebujesz codziennie 35 czy 40 kilometrów. Jeśli idziesz po doświadczenie duchowe, to być może będziesz szukał ciszy bardziej niż atrakcji. Jeśli idziesz po wysiłek, to dzień zakończony po 18 kilometrach może zostawić cię z poczuciem niedosytu.
Jeśli idziesz, żeby pobyć z ludźmi, to samotność nie będzie dla ciebie najlepszym wyborem. Jeśli idziesz, żeby oczyścić głowę, to właśnie samotność może okazać się najlepszym, co mogło ci się przydarzyć.
Na Camino nie chodzi o to, żeby kopiować cudzy styl drogi. Chodzi o to, żeby uczciwie odpowiedzieć sobie, po co ty tam jesteś.
To brzmi prosto, ale wielu ludzi właśnie tego nie robi. Biorą cudzy plan, cudze tempo, cudze lęki, cudze opinie. Potem próbują w tym wszystkim znaleźć własne Camino. Zwykle kończy się to frustracją.
Dla jednej osoby 20 kilometrów będzie uczciwym, dobrym etapem. Dla innej 20 kilometrów to rozgrzewka, po której nie bardzo wiadomo, co robić dalej z dniem. Ktoś czuje się dobrze przy 15. Ktoś inny potrzebuje 30 albo 40, żeby poczuć, że naprawdę jest w drodze.

Wiele osób mówi: „ja bym nie dał rady 40 kilometrów”. Tylko że bardzo często to nie jest prawda. Bardzo często człowiek nie nie daje rady. Człowiek tylko źle rozkłada siły, źle planuje dzień, za szybko startuje, za mało pije, robi za długie postoje albo przeciwnie, nie odpoczywa wcale.
Jest w tym pewien paradoks. Zdarza się, że grupa dochodzi do schroniska około 13:00. Prysznic, obiad, kawa, chwila odpoczynku.
I nagle o 16:00 okazuje się, że człowiek już zregenerowany mówi: „Teraz? Teraz to jeszcze 15 kilometrów dałbym radę”. No właśnie. Czyli problemem nie zawsze jest dystans. Czasem problemem jest tylko sposób ułożenia dnia.
To nie znaczy, że każdy ma teraz robić 40 kilometrów. Nie o to chodzi. Chodzi o coś innego: większość ludzi może więcej, niż im się wydaje.
Nie trzeba. Ale niektórym właśnie o to chodzi.
Są ludzie, którzy chcą Camino spokojnego, łagodnego, bardziej turystycznego. I bardzo dobrze. Są też tacy, którzy potrzebują wysiłku. Potrzebują poczuć drogę w nogach. Potrzebują wieczorem wiedzieć, że ten dzień coś ich kosztował.
Ja należę właśnie do tej drugiej grupy.
Dla mnie Camino ma być wymagającą wędrówką. Nie masochizmem. Nie zajeżdżaniem się dla ego. Ale czymś, co kosztuje. Czymś, co wyciąga ze mnie wygodę. Czymś, co odbiera nadmiar. Bo dopiero wtedy zaczynam naprawdę słyszeć własne myśli.
Kiedy człowiek jest cały czas wygodny, najedzony, wypoczęty, schłodzony i bezpiecznie zawinięty w komfort, bardzo łatwo pomylić dobre samopoczucie z głębią. A to nie jest to samo.
Na trudnym Camino nie ma za dużo miejsca na udawanie. Po kilku godzinach marszu w upale, z plecakiem, z narastającym zmęczeniem, znika moje „ja”. To, które chciałbym pokazywać innym w internecie i na filmach.. Zostaje człowiek. I właśnie to dla wielu osób jest w tej drodze najcenniejsze.
Nie musi. Ale może.
I warto to powiedzieć jasno, bez sztucznego ustawiania ludzi po kątach. Są osoby, które idą z powodów religijnych. Są takie, które idą bardziej duchowo niż religijnie. Są tacy, którzy chcą po prostu oczyścić głowę. Są też ludzie, którzy idą dla przygody, wyzwania, porządku w życiu albo zwykłej potrzeby ruszenia z miejsca.
U mnie ta warstwa duchowa jest ważna.

Tylko nie wygląda to tak, jak niektórzy sobie wyobrażają. To nie jest cały dzień odmawiania modlitw na głos i chodzenia w nastroju nabożnym. To jest raczej droga, na której człowiek czyści głowę, mierzy się z własnym zmęczeniem, z własnymi pytaniami, z własnym chaosem. A kiedy przychodzi duże zmęczenie, nuda, kryzys albo poczucie bezradności, modlitwa bardzo naturalnie wraca na swoje miejsce.
Właśnie wtedy. Nie z obowiązku. Nie jako dekoracja. Tylko jako coś prawdziwego.
Camino religijne nie musi być teatralne. Czasem jest wręcz odwrotnie. Im mniej zewnętrznych gestów, tym więcej dzieje się w środku.
Ok. I said it.
To nie znaczy, że grupa jest zła. Grupa ma swoje wielkie zalety. Daje bezpieczeństwo, rytm, wsparcie, wspólnotę, rozmowę, śmiech, łatwiejszą logistykę. Dla wielu osób to jest najlepsza możliwa forma wejścia w Camino. Szczególnie na pierwszym wyjeździe.
Ale samotne Camino daje coś innego. Daje ciszę, poczucie, że „zrobiłem sam” i wyrwanie kompletnie ze strefy komfortu.
Kiedy idziesz sam, nie rozprasza cię ciągłe gadanie. Nie ustalacie co chwilę, gdzie kawa, gdzie nocleg, kto się gorzej czuje, kto ma odcisk, kiedy pranie, co zjemy, czy jeszcze kawałek, czy już stop. To wszystko znika albo schodzi do absolutnego minimum. Zostaje prosty rytm: idziesz, pijesz, myślisz, milczysz, dochodzisz do albergue.
I wtedy naprawdę zaczynają wypływać rzeczy, których w codziennym życiu nie słychać.

Nie każdy tego chce. Nie każdy tego potrzebuje. Ale jeśli ktoś pyta, dlaczego ludzie wracają na Camino sami, bez towarzystwa, bez planu zwiedzania, bez nadmiaru rozmów, to odpowiedź jest właśnie tutaj. Bo samotność na drodze bardzo szybko obnaża to, co w życiu najgłośniej zagłuszamy.
Nie trzeba.
I to dla wielu osób jest zaskoczenie, bo wokół Camino bardzo często buduje się narrację turystyczną. Kościoły, zabytki, muzea, starówki, lokalna kuchnia, kultura regionów. To wszystko jest ciekawe. Sam to lubię. Kiedy jadę gdzieś na objazd, kiedy jestem z grupą, kiedy jest na to przestrzeń, bardzo chętnie patrzę na historię, architekturę i lokalny kontekst.
Ale kiedy idę sam na Camino, to wygląda zupełnie inaczej.
Wtedy moim celem nie jest zwiedzanie. Moim celem jest droga do Santiago. Kilometr po kilometrze. Dzień po dniu. Bez rozmieniania tego na drobne. Nie interesuje mnie wtedy zaliczanie atrakcji. Interesuje mnie marsz.
I znowu: nie dlatego, że tak „powinno być”. Tylko dlatego, że tak wygląda moje Camino.
To ważne, bo wiele osób czuje presję, że skoro są w Hiszpanii czy Portugalii, to wypada wszystko zobaczyć, wszystko sfotografować i niczego nie przegapić. A przecież można przejść Camino uczciwie i głęboko, prawie nic nie zwiedzając. Można też zwiedzać dużo i przeżyć drogę dobrze. Jedno drugiego nie wyklucza. Tylko trzeba wiedzieć, po co się tam jest.
To pytanie wraca bardzo często, szczególnie przed pierwszym wyjazdem i szczególnie wśród kobiet. Czy bezpiecznie iść samej? Czy lepiej z kimś? Czy na szlaku coś może się wydarzyć?
Rozsądna odpowiedź brzmi: trzeba zachować normalną ostrożność, ale z mojego doświadczenia Camino jest miejscem, w którym wiele osób czuje się bezpieczniej niż w codziennym życiu.
To oczywiście nie znaczy, że trzeba wyłączyć myślenie. Nie znaczy, że nic nigdy się nie zdarza. Nie znaczy, że każdy odcinek, każde miejsce i każda godzina są identyczne. Ale naprawdę ogromna część lęków, z którymi ludzie ruszają na szlak, pochodzi bardziej z głowy niż z realnego doświadczenia drogi.

W praktyce największym problemem na Camino częściej bywa upał, odwodnienie, zły plan dnia, źle dobrane buty albo własna brawura niż to, że ktoś cię zaatakuje w środku pola.
Jeśli ktoś boi się iść sam, może iść w grupie. To bardzo sensowny wybór. Jeśli ktoś potrzebuje na początku towarzystwa, też dobrze. Ale warto pamiętać, że strach przed drogą często jest większy przed wyjazdem niż na samym Camino.
Na Camino nie męczy tylko dystans. Męczy też pora dnia. Upał potrafi zrobić z człowieka kogoś zupełnie innego niż rano. Między południem a późnym popołudniem droga potrafi uderzyć najmocniej. Niby idziesz. Niby wszystko działa. Ale temperatura, słońce i monotonia zaczynają odbierać siły szybciej, niż człowiek się spodziewa.
I właśnie wtedy rodzą się prawdziwe pytania.
Po co mi to było? Po co się męczę? Czemu nie wziąłem krótszego etapu? Czemu nie nocuję wcześniej? Po co nie zamówiłem taksówki? Po co nie siedzę teraz w chłodnym hotelu?
To są bardzo normalne myśli. Wcale nie świadczą o słabości. Camino nie polega na tym, że idziesz cały dzień w bohaterstwie i wewnętrznej harmonii. Czasem idziesz w zniechęceniu. Czasem w irytacji. Czasem w nudzie. Czasem w modlitwie. Czasem w kompletnej ciszy.
I to też jest droga.
Jest w tym coś dziwnego. Człowiek jest zmęczony, spocony, czasem obolały, a jednak właśnie wtedy zaczyna widzieć wyraźniej.
Na co dzień jesteśmy zalani bodźcami. Telefon, praca, ludzie, obowiązki, powiadomienia, sprawy, które trzeba dowieźć. W takim rytmie trudno usłyszeć samego siebie. Nawet jak wydaje nam się, że mamy wszystko pod kontrolą.
Camino ucina ten hałas. Nie zawsze całkowicie, ale wystarczająco mocno, żeby zaczęło być słychać rzeczy, które wcześniej tonęły w codzienności.
Nagle człowiek myśli inaczej. Widzi więcej. Łapie związki między rzeczami, których normalnie nie zauważa. Rozumie, co go naprawdę męczy. Co go ciągnie. Przed czym ucieka. Co odkłada. O czym kłamie sam sobie.
Nie dzieje się tak dlatego, że Camino jest magiczne. Dzieje się tak dlatego, że droga jest prosta, powtarzalna i wymagająca. A prostota robi porządek tam, gdzie codzienność robi bałagan.
Nie.
I to chyba najważniejszy wniosek z całej tej rozmowy.
Nie każdy musi iść 40 kilometrów. Nie każdy musi iść samotnie. Nie każdy musi iść w sierpniu. Nie każdy musi szukać cierpienia. Nie każdy musi się modlić. Nie każdy musi odcinać się od ludzi. Nie każdy musi ignorować zabytki. Nie każdy musi robić z Camino życiowe rekolekcje.
Bez tego Camino staje się tylko marszem od noclegu do noclegu. A przecież nie po to ludzie wracają na te szlaki. Nie po to pokonują setki kilometrów. Nie po to znoszą ból stóp, zmęczenie, upał, deszcz, samotność i niewygodę.
I właśnie dlatego Camino jest tak mocne. Bo pod zewnętrzną prostotą kryje się zupełnie inna głębia dla każdego.

Po to, żeby zwolnić albo przeciwnie, żeby się sprawdzić. Po to, żeby pobyć z ludźmi albo wreszcie pobyć bez ludzi. Po to, żeby się modlić. Po to, żeby poukładać życie. Po to, żeby wyrwać się z codziennego rytmu. Po to, żeby znowu poczuć drogę, a nie tylko plan.
Po to, żeby zobaczyć, kim jesteś, kiedy robi się trudno.
Nie każdy potrzebuje tego samego Camino. Ale każdy, kto idzie uczciwie, prędzej czy później trafia na moment, w którym przestaje pytać o buty, dystans i nocleg, a zaczyna pytać o rzeczy ważniejsze.
Jeśli marzysz o pierwszym Camino, zapraszam Cię na nasze wyjazdy zorganizowane. Będzie cisza, zabawa, czas z ludźmi i czas dla siebie. Nie zawiedziesz się.
PON – PIĄ: 08:00 – 16:00
SOB: 10:00 – 14:00
NIEDZ: Odpoczywamy. Ty też odpocznij.
Nie wstydź się! Daj nam znać jeśli masz pytania.