…ale farby brak.
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=LWpPGSsOhTs&feature=channel]
7 rano byłem już na szlaku. Najpierw starałem się znaleźć najdogodniejsze przejście między Mietkowem a Ujowem. Okazało się, że ścieżka, której użyłem ostatnim razem jest jedyną nadającą się do użytku. Na szczęście dziś nie było już przepraw w wodzie po łydki. Trasę, która ostatnio zajęła mi jakieś 2 godziny, dziś pokonałem w 30 minut spacerkiem (spacerek to taka względna miara prędkości). W Ujowie postanowiłem nie budzić ludzi i iść dalej. Jedyną osobą na nogach we wsi o tej porze wydawał się pan bełkoczący coś o fakcie, że 'tu nie jeździ autobus’. Trzeba wpisać tę informację do przewodnika.
Zmarzłem w dłonie. Przypomniała mi się Hiszpania i chyba coraz bardziej tęsknię do szlaku po tamtej stronie Pirenejów.
Za Ujowem piękna droga. Nie dość, że utwardzona to jeszcze spokojna; czego więcej trzeba pielgrzymowi? Przerywnik na dosyć długim odcinku do Kostomłotów stanowi 'wieś’ Osieczyna. Jest to kilkurodzinny budynek pośrodku pola i buda dla psa. Jakie było moje szczęście, gdy spotkałem tam człowieka (trzeźwego tym razem). Zapytałem o drogę (upewniłem się raczej, bo drogę znałem; chciałem tylko nawiązać konwersację z tambylcem). Pan powiedział, że 'prosto, prościuchno’. Na koniec spytał czy 'pan to pielgrzym’? Odpowiedziałem z dumą, że owszem i że pod jego domem będzie od dzisiaj więcej takich jak ja.
Do Kostomłot dotarłem w okolicach 9 rano. Tutaj miałem dzisiejszą trasę zakończyć, ale jak już wiecie- tak się nie stało. Szlak przebiega nad czterema pasami drogi szumnie nazwanej autostradą A4 i po kilkuset metrach dochodzi do Urzędu Gminy Kostomłoty. Myślę- zajdę i pogadam z ludźmi…
W Urzędzie okazuje się, że oni o szlaku bardzo mało wiedzą. Ktoś miał się odezwać, ale się nie odezwał. Powiedziałem w takim razie, że ja się odzywam i zostawiłem namiary do siebie. Ludzie są jednak chętni do rozmów i jak najbardziej 'za’. Z uśmiechem na ustach wkroczyłem do monopolowego- tym razem po butelkę pepsi i ciastka regionalne za 1,30 zł. Jak ludziom się to opłaca? 12 ciastek za 1,30zł. Zostawiłem je na 'potem’.
Do kościoła się nie dostałem, bo zamknięte. To taki polski zwyczaj- zamykanie kościołów przed ludźmi. Pewnie z obawy przed złodziejami. Ze wsi wyszedłem na jakiś czas w pola, żeby dotrzeć do wsi Zabłoto. Smród, brud i ferma drobiu. Na szczęście za wsią zaczyna się chyba najfajniejszy odcinek szlaku. Trzeba tylko przemknąć po cichu obok puszczonych luzem wilczurów. Ludzie myślą, że i tak nikt tamtędy nie chodzi (bo po co?) i psów nie zamykają. Za wsią piękny, spokojny odcinek szlaku wśród pól. Droga uczęszczana przez rolników, więc dosyć twardo wyjeżdżona. Idzie się świetnie. Poza tym jest to bardzo odludny odcinek. Można rozejrzeć się wkoło i widzieć tylko wsie na horyzoncie. Uśmiechałem się do siebie, bo nie myślałem, że będziemy mieli taki odcinek na naszym szlaku.
Dotarłem wreszcie do Kulina. Tam wita nas krzyż pokutny (taki model jak w Ujowie;). Idę do kościoła- tradycyjnie obwarowany i zamknięty na sześć spustów. Na szczęście ksiądz mieszka blisko i jest chętny otworzyć. Robię kilka zdjęć w środku- niestety ni śladu naszego św.Jakuba. Rozmawiamy chwilę o szlaku i ruszam dalej. Za Kulinem mam już sporo kilometrów w nogach, robię więc przerwę śniadaniową. Znalazłem miejsce na rozdrożu z dosyć wygodnym kamieniem. Jem śniadanie, piję pepsi i wietrzę stopy.
Po wejściu do lasu nie wierzę własnemu szczęściu. Szlak, który wyznaczyłem na mapach, prowadzi istniejącą już utwardzoną ścieżką rowerową. Droga ładna, zacieniona, dosyć płasko. W Chwalimierzu ruiny zamku, stara stadnina, zrujnowany folwark. Wszystko bardzo ciekawe i klimatyczne. Pytam którędy do kościoła, bo nie widzę dzwonnicy. Starsza pani zdziwiona, że pytam o kościół. Kościół okazuje się nie mieć dzwonnicy i wogóle dosyć trudno odróżnić go od innych budynków. Drzwi zamknięte a ksiądz mówi, że nie otworzy. Dziękuję i idę dalej. Stąd już prosta droga do celu.
Po krótkim czasie jestem na 'przedmieściach’ Środy-Śląskiej i widzę już kościół św.Andrzeja. Udaje mi się przebrnąć przez rozkopaną drogę i już jestem w centrum. Cieszę się conajmniej, jakbym wszedł do Santiago. Rozglądam się za naklejkami Via Regia- nie widzę. Odwiedzam obydwa kościoły- ni śladu muszelek. Idę na rozmowę do Urzędu Miasta. Ludzie chętni, ale ani o biegnącym pod ich drzwiami Via Regia, ani o szlaku ślężańskim nie mają zielonego pojęcia. Pytam, czy wiedzą jakimi ulicami biegnie szlak, bo chcę zdjęcia porobić- nikt nie wie. W całym dziale promocji miasta nikt nie wie! Dostaję ulotkę przygotowaną przez Emila. Pani mówi, że ma tylko 5, więc więcej nie dostanę. Dziękuję- w domu mam ich sporo.
Pytam ludzi na ulicy- nikt nie wie. Jeden chłopak słyszał coś o tym szlaku, ale on przez Środę nie biegnie na pewno. Siostry zakonne- też nic nie wiedzą. Księża w oratorium- ni ponimaju. Wreszcie mam dosyć i idę do sklepu po coś zimnego do picia. JEST! Jak wół naklejona pod samym kościołem na słupie. Myślę- przejdę się szlakiem paręset metrów. Nie zgubiłem się, ale reklamy w witrynach, na samochodach, na budynkach bardzo skutecznie odwracają uwagę od żółtych muszelek.
Doszedłem więc do szlaku Via Regia, który poniekąd prowadzi nas do samej katedry w Santiago de Compostela w Hiszpanii. Czterdzieści kilometrów dzieli Sobótkę od drogi do Santiago. Teraz ruch samorządowców. Money, money, money. Padam z nóg, idę spać.
PON – PIĄ: 08:00 – 16:00
SOB: 10:00 – 14:00
NIEDZ: Odpoczywamy. Ty też odpocznij.
Nie wstydź się! Daj nam znać jeśli masz pytania.
Witam.
Fajny pomysł z tym przejciem kawałka polskiego Camino. Można w ten sposób choć trochę ugasić tęsknotę za hiszpańską trasą:))
Zapraszam na swój blog do działu podróże, gdzie wrzuciłem kawałek dziennika z Camino z zeszłego roku.
Pozdrowienia
Marcin