Z Aaronem spotkaliśmy się po raz pierwszy przypadkiem. Obaj moczyliśmy nogi w strumieniu w Ribadiso. Aaron szedł wtedy ostatnie kilometry swojego camino z Polski, ja ostatnie kilometry Camino Frances z jedną z moich grup zorganizowanych.
Kilka dni później spotkaliśmy się w Muxia i wspólnie modliliśmy na naszej mszy świętej. Na naszym kanale na youtube jest też nasza poprzednia rozmowa (nagrana po tym pierwszym camino). Dziś rozmawiamy o nawróceniu Aarona w drodze, ale też o wędrówce, którą odbył z Warszawy do Rzymu.
Oto skrót z rozmowy, a całość w filmie.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
Witam was na rozmowie z Aaronem Welmanem. Będziemy dziś rozmawiać o jego niezwykłej pielgrzymce – zarówno tej do Santiago de Compostela, jak i tej najnowszej, zakończonej w Rzymie. Aaron niedawno wrócił z tej drogi. Co ciekawe, tuż przed nagraniem rozmawialiśmy, że dobrze się stało, iż wcześniej nie mieliśmy okazji szczegółowo o niej porozmawiać.
Cześć, Aaron. Dla osób, które nie widziały naszej wcześniejszej rozmowy po Camino de Santiago, powiedz proszę kilka słów o sobie. Kim jesteś, czym się zajmujesz i skąd w ogóle wzięła się w twoim życiu idea tak długich pielgrzymek – najpierw z Warszawy do Santiago, a potem z Warszawy do Rzymu?
Aaron Welman:
Moja przygoda z pielgrzymowaniem zaczęła się kilka lat temu, jeszcze w czasach pandemii COVID-19. To wtedy mniej więcej się poznaliśmy. O Camino de Santiago myślałem od wielu lat, ale nie w sensie sportowym czy turystycznym. To było raczej poszukiwanie duchowe, bo przez długi czas byłem daleko od Kościoła.
Pochodzę z katolickiej rodziny. Przyjąłem wszystkie sakramenty, łącznie z bierzmowaniem – tym, które czasem żartobliwie nazywa się „sakramentem pożegnania”. I faktycznie: po bierzmowaniu na wiele lat odszedłem od Kościoła i wspólnoty. Zdarza się jednak w życiu moment, w którym człowiek zaczyna poważnie zastanawiać się nad sobą. Pojawiają się upadki, kryzysy i nagle rodzi się wewnętrzny impuls – spokojny, ale bardzo wyraźny – że coś trzeba zmienić.
Długo zastanawiałem się, co mógłbym zrobić. W pewnym momencie pomyślałem, że muszę po prostu gdzieś pójść. Daleko. Początkowo, dość schematycznie, rozważałem kierunki „duchowe” w modnym sensie: Tybet, Indie, medytacje, buddyzm.
Później trafiłem – o czym wspominałem już wcześniej – na blog Łukasza Supergana. Zobaczyłem, że on przeszedł pieszo trasę z Warszawy do Santiago de Compostela. To było dla mnie przełomowe.
Pomyślałem wtedy, że europejskie realia będą dla mnie łatwiejsze. Nie będzie bariery językowej ani kulturowej, a droga i tak może być wystarczająco wymagająca. Wyruszyłem więc jako człowiek poszukujący.
Byłem agnostykiem. A skoro dziś nadal pielgrzymuję, to znaczy, że coś po drodze naprawdę się wydarzyło.
Pierwsze Camino musiałem podzielić na etapy. W 2020 roku, z powodu pandemii i zamkniętych granic, przeszedłem tylko odcinek przez Polskę – z Warszawy do Zgorzelca. Zależało mi na prawdziwym doświadczeniu pielgrzymowania, a nie na ciągłym zastanawianiu się, czy po drugiej stronie granicy znajdę nocleg i czy w ogóle będę mógł iść dalej.
Dopiero w 2022 roku, po przerwie spowodowanej m.in. kontuzją, ruszyłem ze Zgorzelca dalej – przez Niemcy, Francję i Hiszpanię – aż do Santiago de Compostela i Finisterry. Ta droga okazała się dla mnie czymś znacznie więcej niż długim marszem przez Europę.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
Pamiętam nasze spotkanie na twojej drodze do Santiago. Najpierw gdzieś przed Arzúą, a później już na samym końcu świata – w Muxíi – podczas Mszy świętej odprawianej nad oceanem. Wspomniałeś, że wychodziłeś na Camino jako agnostyk, człowiek poszukujący. Powiedz proszę: co konkretnie zmieniło się w tobie podczas tej pierwszej pielgrzymki?
Aaron Welman:
Zmieniło się bardzo wiele. Przede wszystkim odkryłem Boga – i to w sposób zupełnie nieoczekiwany. Zrozumiałem, że nie musiałem szukać Go na końcu świata, bo On był cały czas obok. To ja Go nie dostrzegałem. Camino zmusza człowieka do zajrzenia w głąb siebie, do uczciwego spojrzenia na własne życie.
Po drodze zaczęły dziać się rzeczy, które dziś – bez patosu – mogę nazwać cudami. Dla wielu pielgrzymów są to drobiazgi, ale kto szedł Camino, ten je rozumie. Gubisz drogę, rozładowuje ci się telefon, GPS przestaje działać, nie wiesz, gdzie iść. I nagle pojawia się spokój. Myśl: „Pójdę tędy. Będzie dobrze”. Jakby ktoś prowadził cię za rękę.
Zdarzało się, że w kluczowym momencie pojawiał się ktoś zupełnie niespodziewany – oferował pomoc, opatrunek, nocleg, dobre słowo. Albo sytuacje układały się dokładnie tak, jakby odpowiadały na pytania, które nosiłem w sobie danego dnia. Początkowo wszystko racjonalizowałem. Tłumaczyłem sobie, że to przypadek. Ale gdy takie „przypadki” zaczynają się powtarzać dziesiątki razy, człowiek w końcu musi zadać sobie pytanie, czy to na pewno tylko zbieg okoliczności.
W pewnym momencie po prostu powiedziałem: „Dobrze. Ufam”. I od tego momentu ta droga zaczęła się naprawdę otwierać.
Kulminacją było dotarcie do Santiago de Compostela. Trafiłem na Mszę świętą dla pielgrzymów. Byłem tam w niedzielę – wybrałem ten dzień świadomie, choć nie miałem pojęcia, jakie będą czytania. I wtedy usłyszałem Ewangelię o synu marnotrawnym. To mnie całkowicie rozbiło. Po tym całym dystansie, po tych miesiącach drogi, usłyszeć właśnie tę przypowieść… To było jak odpowiedź na wszystko.
Było wzruszenie. Był płacz. I było bardzo silne poczucie, że jestem przyjęty – z całym bagażem, z całym życiem, takim jakie było. Kilka dni później dotarłem do Finisterry i Muxíi. Tam spotkaliśmy się ponownie – na Mszy świętej odprawianej przez polskiego księdza, na końcu świata. To domknęło całą tę drogę w sposób niezwykle symboliczny.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
Często mówi się, że ktoś wychodzi na Camino jako turysta, a wraca jako pielgrzym. W twoim przypadku to rzeczywiście tak wyglądało. Jak było po powrocie? Czy twoja rodzina, przyjaciele, współpracownicy zauważyli zmianę?
Aaron Welman:
Zdecydowanie tak. Byli bardzo zainteresowani. Żyjemy w społeczeństwie mocno zlaicyzowanym, szczególnie w dużych miastach, takich jak Warszawa. Tempo życia jest ogromne, a refleksja duchowa często schodzi na dalszy plan.
Po powrocie zacząłem dużo mówić o Bogu. Wcześniej interesowała mnie duchowość w ogólnym, nieokreślonym sensie. Teraz miałem konkretną historię, konkretne doświadczenie. Ludzie chcieli słuchać, zadawali pytania. Miałem nawet spotkanie w jednym z klubów podróżniczych w Warszawie – z inicjatywy znajomych, którzy sami niekoniecznie byli wierzący, ale uznali, że ta droga jest na tyle poruszająca, że warto się nią podzielić.
Najczęściej pytano mnie o bezpieczeństwo. O zagrożenia. Czy spotykałem złych ludzi. Odpowiadałem zawsze to samo: ludzie po drodze są tacy sami jak wszędzie. Mają swoje życie, swoje problemy i najczęściej chcą po prostu spokoju. Najgorsze, co mi się zdarzyło, to odmowa pomocy – nigdy agresja. To często zaskakiwało słuchaczy, bo obraz świata kreowany przez media jest dużo mroczniejszy niż rzeczywistość, którą spotyka się na Camino.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
Z mojego doświadczenia wiem, że nawet jeśli pielgrzymka jest duchowo owocna, to po powrocie bardzo łatwo wpaść z powrotem w wir codzienności. Praca, obowiązki, tempo życia. Jak to wyglądało u ciebie? Co zrobiłeś po powrocie z Camino, żeby nie stracić tego, co wydarzyło się na drodze?
Aaron Welman:
To nie było tak, że wróciłem i wszystko się nagle urwało. Oczywiście wróciłem do pracy i do codziennych obowiązków, ale ten „zaczyn” pozostał. Chciałem go pielęgnować. Były pokusy powrotu do dawnych nawyków, były momenty osłabienia, ale wiedziałem już, że nie chcę żyć tak jak wcześniej.
Pierwszą, bardzo prostą rzeczą, którą zrobiłem, było regularne czytanie Pisma Świętego. Zacząłem od Nowego Testamentu, wracałem też do Psalmów i Księgi Przysłów. Jednocześnie doszedłem do wniosku, że nie chcę być „własnym prorokiem” – kimś, kto dopasowuje Biblię do swoich poglądów. Chciałem czytać ją w Kościele i z Kościołem, z odniesieniem do tradycji i autorytetu.
Nie od razu wróciłem w pełni do Kościoła katolickiego. Zacząłem chodzić na Msze w swojej parafii św. Jakuba w Warszawie – co samo w sobie miało dla mnie symboliczne znaczenie. Jednocześnie spotykałem się także z innymi wspólnotami chrześcijańskimi. Byłem u metodystów, u luteran. Rozmawiałem, słuchałem, zadawałem pytania. Chciałem uczciwie sprawdzić, gdzie naprawdę jest moje miejsce.
Z czasem zauważyłem coś bardzo ważnego. W dyskusjach z protestantami coraz częściej łapałem się na tym, że… bronię katolicyzmu. Bronię nauczania, tradycji, sakramentów. I wtedy pomyślałem: skoro już to robię, to po co dalej udawać, że stoję z boku?
Zrozumiałem też, że Kościół – jak rodzina – ma swoje rany i słabości. Można być wobec niego krytycznym, ale nie trzeba go opuszczać. To jest wspólnota złożona z grzesznych ludzi, a nie z ideałów. I właśnie w tej wspólnocie ja spotkałem Boga – na Camino, w liturgii, w Ewangelii.
Szczególnie mocno odkryłem piękno liturgii. To, co kiedyś mnie nudziło, dziś stało się przestrzenią ciszy, skupienia i obecności. Msza święta przestała być obowiązkiem, a stała się miejscem, w którym mogę się zatrzymać, bez telefonu, bez pośpiechu, razem z innymi ludźmi, którzy – choć często anonimowi – są ze mną zjednoczeni w tym samym doświadczeniu.
Zacząłem też działać we wspólnocie Sant’Egidio. To wspólnota świeckich, która pomaga ubogim i bezdomnym – przygotowuje posiłki, organizuje spotkania, Wigilię dla potrzebujących. Tam zobaczyłem, że wiara musi mieć bardzo konkretny wymiar. Że nie kończy się na modlitwie, ale prowadzi do działania.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
I w tym momencie pojawia się Rzym. Skąd decyzja o kolejnej pielgrzymce? Tym razem już nie jako poszukujący, ale jako człowiek wierzący.
Aaron Welman:
Decyzja o pielgrzymce do Rzymu była bardzo świadoma. Zbliżał się Rok Jubileuszowy i pomyślałem, że chcę przeżyć tę drogę jako dziękczynienie. Za wszystko, co wydarzyło się w moim życiu po Camino. Za nawrócenie. Za nowe decyzje. Za porządkowanie spraw, także tych bardzo osobistych.
W ubiegłym roku wziąłem ślub. To też było dla mnie ogromne błogosławieństwo. Po Camino zrozumiałem, że dojrzałość to także odpowiedzialność – za drugiego człowieka, za wspólne życie.
Moja żona wykazała się ogromną cierpliwością, bo niedługo po ślubie wyruszyłem w drogę do Rzymu. Wiedzieliśmy jednak, że to ma sens i że ta pielgrzymka nie jest ucieczką, ale częścią większej drogi.
Ta pielgrzymka miała wiele intencji. Jedną z najważniejszych była modlitwa za moją babcię, ciężko chorą na raka trzustki. Nie wiedzieliśmy, czy dożyje naszego ślubu. Dożyła. Była obecna. To był dla mnie kolejny znak ogromnej łaski. Niosłem też intencje innych ludzi, którzy prosili mnie o modlitwę. Czułem, że nie idę już tylko za siebie, ale także za nich.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
Powiedzmy teraz trochę bardziej praktycznie. Jak wyglądała pielgrzymka do Rzymu? Ile trwała, jaką trasą szedłeś i jak się do niej przygotowywałeś?
Aaron Welman:
Cała pielgrzymka zajęła mi 95 dni. Przygotowania miałem bardzo proste. Dużo chodziłem – zarówno na lekko, jak i z obciążeniem. Wchodziłem po schodach z plecakiem, nosiłem cięższe zakupy. To naprawdę wystarcza. Do tego wzmacnianie pleców, co w moim przypadku było bardzo ważne, bo po Camino do Santiago nabawiłem się problemów z kręgosłupem.
Szukałem maksymalnie lekkiego sprzętu. Zabrałem namiot typu ultralight, oparty na kijkach trekkingowych. Spałem w nim mniej więcej przez jedną czwartą drogi – około miesiąca. Finansowo to się nie zawsze opłaca, ale daje ogromną wolność. Czasem po prostu chcesz zostać sam, w ciszy, wśród przyrody.
Wyszedłem z Niepokalanowa, co miało dla mnie wymiar symboliczny. Wcześniej przeszedłem Ekstremalną Drogę Krzyżową z Warszawy do Niepokalanowa i chciałem właśnie tam rozpocząć pielgrzymkę.
Następnie poszedłem do Częstochowy, potem przez Śląsk, Czechy, Austrię, Słowenię i Włochy.
Korzystałem ze szlaków św. Jakuba, lokalnych tras pielgrzymkowych i aplikacji mapowych. Trzeba jednak mieć świadomość sezonu. Jesienią wiele schronisk alpejskich jest zamkniętych, co zmusza do zmiany planów. Bezpieczeństwo zawsze musi być ważniejsze niż ambicja.
Jednym z piękniejszych odcinków była Via Sacra do Mariazell w Austrii – doskonale oznakowana, pielgrzymkowa droga, bardzo polecana każdemu, kto szuka alternatywy dla Camino. We Włoszech szedłem fragmentami Via Francigena. Toskania poza sezonem była niemal pusta – wzgórza, winnice, cisza. Idealne warunki do modlitwy i refleksji.
Po drodze spotykałem ogromną życzliwość. Spałem na plebaniach, w domach prywatnych, czasem pod namiotem. Doświadczyłem prawdziwej gościnności – nie tej turystycznej, ale ludzkiej. Byłem świadkiem tego, że świat jest lepszy, niż często nam się wydaje.
Jakub Pigóra | MyPielgrzymi.com:
Co byś powiedział osobom, które myślą o pielgrzymce, ale się boją? Albo tym, które są dziś w miejscu, w którym ty byłeś kilka lat temu – poza Kościołem, z dystansem do wiary?
Aaron Welman:
Powiedziałbym, żeby się nie bali. Pielgrzymka nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale pozwala zobaczyć je we właściwej perspektywie. Droga uczy pokory, zaufania i cierpliwości. Pokazuje, że nie musimy wszystkiego kontrolować.
Nie trzeba zaczynać od wielkich dystansów. Czasem wystarczy jeden krok. Jedna decyzja. Jedna droga. Bóg naprawdę działa na Camino – i nie tylko tam. Ale Camino jest miejscem, gdzie łatwiej Go usłyszeć, bo człowiek wreszcie zwalnia.
Dla mnie te pielgrzymki były drogą od zagubienia do wdzięczności. Od szukania do znalezienia. I wiem, że ta droga się nie skończyła – ona po prostu trwa dalej, już w codziennym życiu.
PON – PIĄ: 08:00 – 16:00
SOB: 10:00 – 14:00
NIEDZ: Odpoczywamy. Ty też odpocznij.
Nie wstydź się! Daj nam znać jeśli masz pytania.