Przez wiele minionych lat, miałem okazję wyjeżdżać na Camino de Santiago po kilka razy w ciągu roku. Czasem 5, czasem 7, 8. Rocznie. Nigdy nie publikowałem relacji z tych wędrówek. Pojawiały się jedynie krótkie opisy dni na naszym facebook’u.

Postanowiłem (losowo), co kilkanaście wyjazdów, opublikować swoją osobistą relację. Niekoniecznie z wyjazdów „najfajniejszych” czy z najlepszą pogodą, ale rzeczywiście jakoś tak- losowo. Zacznijmy zatem…

Czy to da się opisać?

Camino jest dla mnie (i dla moich współtowarzyszy wędrówki) czasem bardzo intymnym. Setki ludzi z którymi szedłem do grobu św. Jakuba, po wylądowaniu z powrotem w Polsce, mówi zgodnie: – to trzeba przeżyć.

Camino nie da się podsumować żadną, najpiękniej ubraną w słowa czy w zdjęcia wysokiej rozdzielczości, relacją.

To rekolekcje, których nie można odsłuchać na youtube, wyczytać w książkach. Trzeba pójść i poczuć.

Dlatego poniższy tekst nie jest moją relacją z wyjazdu 15 osób na Camino da Costa, ale relacją osobistą. Tak, jak ja ją poczułem.

No i trochę relacją organizatora i „przewodnika” (cudzysłów zamierzony).

Dla planujących wędrówkę Camino nadmorskim z Porto, relacja dotyczy naszego wyjazdu obejmującego krótki odcinek Da Costa z Baiona przez Vigo, Redondelę do Santiago. Nasze Camino odbyło się 5-15 czerwca. W drodze byliśmy 8 dni + 3 dni zwiedzania Porto, Galicji, Santiago.

Kto, co, gdzie? Jak zbiera się grupa na Camino?

Przez minione lata, pielgrzymi na naszych wyjazdach to w 1/3 mężczyźni i w 2/3 kobiety. Ludzie młodzi (tutaj idzie z nami np. 14-letni Tomek) i „stypendyści ZUS-u” (Halinka, to do Ciebie- Legia górą!).

80-90% osób na naszych wyjazdach na trasy portugalskie to osoby idące na Camino po raz pierwszy.

Zaczną większość z nich poznaję jeszcze przed wyjazdem w naszej grupie na facebook’u. Ludzie szukają informacji o Camino i trafiają na nas.

Czasem dzwonią, prosząc o pomoc w organizacji. Potem albo decydują się na Camino samodzielne, albo jadą z nami.

Jakaś 1/3 tych osób potem wraca z nami na inne (lub te same) trasy. Dla naszych pielgrzymów piszemy też specjalne programy, których nie widzicie na naszej stronie. Takie „sekretne Camino” dla insiderów 😉

Reszta wraca na Camino samodzielnie lub ze swoimi znajomymi, rodziną etc. System jest prosty.

Na konkretny wyjazd, ludzie zbierają się miesiącami. Czasem rok wcześniej. Zawsze są też osoby pojawiające się w ostatniej chwili np. na 3-4 dni przed wylotem, o ile oczywiście mamy miejsca.

Po co robię Camino z grupami? Dla kasy, fejmu?

W 95% grup mam księdza, bo 95% osób jadących z nami na Camino to wierzący (lub poszukujący, zagubieni). Reszta to ludzie otwarci lub tacy, którzy trafili tu przypadkiem (np. dostali wyjazd w prezencie).

Generalnie, oprócz skoku na kasę, Camino robimy by ewangelizować. Chciałbym, żeby to wybrzmiało.

Nawet grupy bez obecności polskiego księdza, mają za zadanie zmieniać ludzi i prowadzić do Jezusa. I nawet, kiedy takie Camino, z pielgrzymki, przeobraża się w „200-kilometrowy pub crawl”, czyli wędrówkę od baru do baru, to Bóg jest, działa.

Jeśli mamy już ekipę w której idzie ksiądz, codziennie, gdzieś na szlaku, w kościele, na plaży, pod wodospadem, w sypialni, sprawujemy Eucharystię.

Nie trzeba uczestniczyć. Nie odhaczamy listy obecności. Kto chce, przychodzi. Wszystko w wielkiej wolności.

Są osoby, które nie pojawiają się ani razu. I to też okej. Każdy idzie po swojemu. Ważne, by być otwartym na wszystko, co wokół. I słuchać.

Camino wybrzeżem. – Bo będzie plaża.

Wybór szlaku nadmorskiego bierze się stąd, że dla wielu uczestników takie Camino jest często głównym urlopem w ciągu roku.

Pielgrzymi chcą „zaliczyć” wieloletnie marzenie o pójściu na Camino i jednocześnie mieć super zdjęcia z wyjazdu. A ocean na zdjęciach wychodzi okej.

Camino portugalskie (centralne i wybrzeżem) są zwykle szlakiem „na pierwszy raz”. I jako Camino na „pierwszy, drugi raz” ten wariant sprawdza się doskonale.

Idąc z Baiona (ok. 130km marszu do Santiago), tak naprawdę na wybrzeżu jesteśmy 2 dni (etapy Baiona-Vigo i Vigo-Redondela). W Redondeli szlak da Costa łączy się z centralnym i kolejnego dnia, za miastem, oceanowi robimy -Pa, pa.

Dlaczego tak krótko jesteśmy nad brzegiem oceanu? Bo Santiago de Compostela, do którego idziemy, nie leży nad morzem!

Czy dla tych 2 dni wędrówki przy plaży, warto wybrać Da Costa nad szlakiem centralnym?

Tak. I nie.

Najlepiej przejść oba. Ocenić samemu.

1-2 tygodnie przed wyjazdem na Camino

Mam kontakty wszystkich jadących z nami osób. Tworzę grupę na WhatsAppie. Zapraszam wszystkich uczestników. Wtedy zaczyna się ekscytacja. Ludzie dostają powiadomienie, że grupa utworzona. W pierwszych postach witam się i przedstawiam kilka prostych zasad. Uspokajam tych podekscytowanych ponad miarę 😉

Do grupy, podczas Camino, już na miejscu, będę wrzucał pomocne informacje (pinezka z naszym schroniskiem, gdzie skręcić do wodospadu, – kto zgubił buty?, – gdzie dzisiaj można zjeść w czasie sjesty? etc.)

Pojawiają się telefony, bo ekscytacja rośnie.

  • – Sandały czy buty za kostkę?
  • – Czy trzeba zabrać śpiwór? (TAK!!!)
  • – A co, jeśli nie dam rady?

I tak dalej…

Spotkanie na lotnisku

Zwykle na lotnisku jestem jako pierwszy. Czasem zabieram po drodze kogoś z moich okolic. Takie mam dobre serce. Gdy wyloty mamy poranne, czasem nocujemy gdzieś w hostelu przy lotnisku, by być wypoczętym w pierwszy dzień podróży.

Poznajemy się face to face. Opowiadamy o podróży na lotnisko. Przeklinamy PKP, maseczki, testy na COVID-a.

Mówimy sobie po imieniu. Niezależnie od wieku i stanowiska w ministerstwie. To pierwsza zasada wprowadzana na każdym Camino.

Na Da Costa i inne portugalskie szlaki latamy najczęściej z Modlina do Porto. Lądujemy przed północą, wsiadamy w naszego busa i jedziemy do hostelu.

Dokładnie tak było i tym razem. W związku z pandemią, zmieniliśmy w tym sezonie hostel z którego do tej pory korzystaliśmy. Teraz, będąc w Porto, nocujemy w hostelu na samym nabrzeżu rzeki Douro.

Boże! Łóżka piętrowe!

Czasem trafiają się osoby, które w hostelu będą spały pierwszy raz w życiu. Nie wiem, czy tak było tym razem. Nie zapytałem. Czasem taki nocleg jest pierwszym w życiu, z obcą osobą, w tym samym pomieszczeniu.

Na całej trasie do Santiago (poza programami pisanymi „na miarę”), nocujemy w schroniskach (albergue, hostele) w salach wieloosobowych, na łóżkach piętrowych.

Schroniska wybieram sam. Zawsze. Miejsca są sprawdzone, wielokrotnie „przetestowane”, czyste.

Standardowe pytanie to pluskwy. Ludzie tak się naczytali, że są specjalistami. Każdy robak w zasięgu wzroku z pewnością gryzie i zalęgnie się u nich w domu po powrocie.

A tak serio. Zasadę od lat mamy taką, że nie wracamy nigdy do schroniska w którym był, choć raz, problem z czystością (lub nie daj Boże z pluskwami).

Zatem jeśli pytacie: – dlaczego nie nocujecie już tam, czy tam? – Odpowiedzi możecie się domyślić.

Porto. Północ. Spacer.

Nasz obecny hostel w Porto leży w pierwszej linii brzegowej nad Douro. Do słynnego mostu Ludwika I jest 20 minut spacerem. EDIT: Na kolejne sezony mamy też hostel z widokiem na most.

W hostelu zwykle jesteśmy około godziny pierwszej w nocy. Tym razem też znalazła się grupka odważnych, którzy ruszyli na miasto o tak późnej porze. Pielgrzymi chcą łapać każdą chwilę. Za 3 dni skumulowane zmęczenie da o sobie znać i będą musieli przespać przynajmniej jedno popołudnie, by je zrekompensować.

Po noclegu w hostelu, mocna kawa, śniadanie i lecimy do kościoła. Jest niedziela.

Spacer po Porto to zawsze wspaniała sprawa. Nawet, gdy leje, ten dzień jest wart „przetracenia” go w ten sposób. Na miejscu mamy swojego przewodnika. Od kilku lat moje grupy oprowadza Patrycja z Porto Story. Z Pati rozumiemy się dobrze. Program zwiedzania potrafimy zmienić w 2 sekundy, zależnie od pogody, „nastroju” danej grupy, naszego widzimisię.

Zwykle w ten dzień, gdy zwiedzamy Porto, robiąc masę świetnych zdjęć, jestem myślami już na szlaku. Gdy po południu, siadamy z Patrycją do obiadu, opada już napięcie z podróży, tygodni przygotowań i całego dnia w lekkim pośpiechu.

Wiem, że za parę godzin będziemy już gdzieś na Camino i czas zwolni. Przed wyjazdem z Porto wszyscy mają ok.2 godzin dla siebie, na zakup pamiątek, posiłek, czas dla siebie.

Jemy dobry obiad, pijemy vinho verde, potem ruszamy w stronę Hiszpanii.

I tak było tym razem.

Ksiądz.

No właśnie.

Tydzień przed wylotem (wyrwane z różnych grup):

  • Czy jest obowiązek uczestniczenia w tych codziennych Mszach?
  • Ten ksiądz to zakonnik, czy gdzieś z parafii?
  • Od razu mówię: jestem cięty na kler

I takie inne… 🙂

Tym razem, na Da Costa pojechał z nami ks. Rafał. Proboszcz. Nie zakonnik.

Rafał wędrował z nami w 2019 roku szlakiem francuskim jako uczestnik. Teraz przyjechał już jako opieka duchowa dla nas.

Zasada u nas jest taka, że jako opieka duchowa z grupami jadą wyłącznie księża, którzy przeszli już Camino (mają swoją Compostelę). Wyjątki stosujemy bardzo rzadko.

Księża z Compostelką wiedzą z czym to Camino się „je” i czują duchowość tego szlaku- dramatycznie odmienną od pielgrzymek jasnogórskich.

Dla mnie obecność księdza w takiej grupie, to ogromny level-up, jeśli chodzi o przeżycia duchowe. Dlaczego?

Eucharystia w wyjątkowych miejscach (niektórych kościołów nikt nie otworzy grupie bez księdza). Możliwość spowiedzi po polsku. Sakramenty. Słowo.

Same bonusy. Nawet dla odsuniętych od kościoła.

W stronę Hiszpanii.

Po wyjechaniu z Porto, kierujemy się w stronę granicy portugalsko-hiszpańskiej. Przekraczamy ją na rzece Mińo, pomiędzy portugalską Valenca a hiszpańskim Tui.

Z ciekawostek. Tę samą rzekę przekraczamy też na szlaku francuskim, przechodząc przez most do miasteczka Portomarin.

No więc jedziemy tym busem, klimatyzacja hula (na zewnątrz 33 stopnie), krajobrazy piękne, kierowca odbija w lewo w stronę wybrzeża. Pniemy się do góry, aż po prawej stronie wyłania się widok na ocean i miasto Vigo. To tutaj jutro musimy dojść pieszo.

A bus jedzie i jedzie i jedzie. Dopiero teraz widzimy, jaki dystans musimy jutro pokonać. Z plecakami. Dwadzieścia parę kilometrów wzdłuż oceanu. Często plażą.

Baiona późnym popołudniem.

Wjeżdżając do miasteczka, pierwsze co rzuca mi się w oczy to tłum. Przecież jest lato. Niedziela. Hiszpanie plażują.

Nasz hostel dzieli od oceanu 30 metrów chodnika i ulica. Hostel jest cały dla nas. Nie ma w nim dziś innych pielgrzymów z trasy.

Przybijamy pieczątki do naszych paszportów pielgrzyma (rozdałem je w busie), zajmujemy łóżka i tyle. Buen Camino. Do zobaczenia w Santiago.

Ale jak to? Co dalej? Co robić, gdzie iść?

Prawda jest taka, że 99% z nas przyjeżdża w grupie, ale chce być samemu. Każdy chce przejść ten szlak po swojemu.

Od pierwszej chwili na Camino, każdy uczestnik ma możliwość pójścia samodzielnie. Można wyjść o piątej rano lub spać do dziewiątej. Można być na szlaku 14 godzin w ciągu dnia lub przybiec do kolejnego miasta o 11:00. Co kto lubi.

Moje doświadczenie kilkunastu lat jest takie, że im mniej ja, jako pilot, mieszam, tym lepiej.

Oczywiście dbam o wiele rzeczy, które pielgrzymom sprawiają kłopoty. Działam gdzieś tam na zapleczu i ogarniam sprawy, o których pielgrzymi zwykle nie myślą. Rozwiązuję ich problemy, zanim zdążą się objawić. Chcę, żeby doświadczali tego, co ważne.

Nie oznacza to oczywiście, że usuwam z drogi wszelkie niedogodności. To trudności są drogą, right?

Dlatego czasem musze zignorować jakiś problem, jeśli wiem, że beze mnie też się rozwiąże. Nie wynika to z mojego lenistwa czy niedbalstwa, a raczej chęci pokazania ludziom, ile są warci. Że potrafią, że mogą. W „normalnym” życiu często nie mają okazji wykazać się tak, jak na Camino.

Wróćmy do Baiona.

Jest wieczór. Lekkie zmęczenie. Niektórzy idą zjeść do restauracji, inni szykują jedzenie w ogólnodostępnej kuchni. Prysznice przez chwilę się korkują.

Ci, którzy wciąż mają siłę, po poprzedniej zarwanej nocy i zwiedzaniu Porto, robią rundkę spacerową wokół portu.

Szykujemy się do jutrzejszego dnia. Daję wszystkim do zrozumienia, że może być ciężko. W Ramallosa proponuję wszystkim wybranie szlaku alternatywnego, prowadzącego przy samym brzegu oceanu- często po plaży. Wiem, ze większość pójdzie na to. W końcu miały być zdjęcia oceanu, prawda?

Przepakowuję swój plecak tak, by rano mieć na wierzchu tylko kosmetyczkę, ręcznik i koszulkę na zmianę. By nikogo nie budzić przeszeleszczaniem się przez sypialnię („przeszeleszczanie” to pojęcie opatentowane przez uczestników innego wyjazdu).

Zapada noc.

Pierwsze godziny na Camino de Santiago.

Dla niektórych ten poranek jest pierwszym w życiu, gdy mają na plecach plecak z wszystkim, co włożą na siebie przez najbliższe kilkanaście dni.

Chętni idą na Mszę. Tutaj jesteśmy chyba (lub prawie) wszyscy. Po Mszy w zakrystii przybijamy pierwsze pieczątki tego dnia i po chwili modlitwy wychodzimy na kawę, a następnie na szlak.

Pierwsze kilometry mijają szybko. Czuć i słychać ekscytację. Niektórzy od razu decydują się iść samodzielnie, reszta trzyma się w małych grupkach. Tak zwykle bywa do czasu, aż wszyscy uwierzą, że szlak jest dobrze oznakowany i nie ma się czego bać.

Im szybciej wszyscy się „pogubią” (w sensie, zgubią resztę), tym lepiej.

Ocean.

Dzień właściwie w całości nad Atlantykiem. Idziemy promenadami, plażami, trochę asfaltem wśród nadmorskich wiosek.

Na jednej z plaż robimy się głodni i schodzimy do kawiarni. Jestem z pięcioma, może sześcioma osobami z grupy. Reszta z przodu lub za nami.

Z widokiem na morze, zajadamy hiszpańskie śniadanie: kromkę z marmoladą, rogalika, churrosy, pijemy kawę. Odważniejsi wciągają dużą kanapkę z szynką serrano i piwo. Tak. Piwo o 10 rano.

Udaje mi się złapać kontakt z kilkoma osobami. Rozmawiamy o życiu, rodzinie, Bogu, przyrodzie. Prawie nigdy o pracy, codzienności. Zwykle rozmowy wchodzą od razu na jakiś wysoko-egzystencjalny poziom.

Wędrujemy, rozmawiamy i co chwilę przerywamy zdanie w połowie, wyjmując z zachwytem aparat fotograficzny (ja swoją komórkę- od lat nie noszę aparatu).

Żar z nieba. Duże miasto. Gdzie albergue?

Na czerwcowej da Costa grzało. Gdy wchodziliśmy do Vigo, było naprawdę ciężko.

Ja w czołówce „biegłem” z Gabi. Rozmawialiśmy o alkoholu w naszych życiach, terapii chodzeniem, dzieciach. Mimo, że Gabi mogłaby być moją mamą, ciężko było mi dotrzymać jej tempa. A kto chodził ze mną, ten wie, że to niełatwe zadanie, by mnie dogonić 🙂

Z Gabi doszliśmy do albergue jako pierwsi. Hostel na samej starówce, w centrum wielkiego miasta. Upał. Ekipa będzie się tu schodziła przez kolejne 4 godziny.

Wiedziałem, co poczuje reszta naszej grupy na tych ostatnich kilometrach. Wiedziałem, ze będzie im trudno trafić bez Google Maps. Wiedziałem, że trafią w sam środek sjesty, gdy knajpy będą zamknięte.

Biorę prysznic i w supermarkecie, 800m dalej kupuję torbę jedzenia do mikrofali. Tortille, empanady, jakąś paellę. No i torbę małych puszek z piwem, które wrzucam do lodówki. To zimne piwo z lodówki, po upalnym dniu z plecakiem, „robi dzień” wielu osobom.

Odpoczywamy. Żyjemy już w innej rzeczywistości. Jesteśmy w drodze. Wieczory po takim ciężkim dniu potrafią zmienić życie. Rozmowy w kuchni często wchodzą na tak wrażliwe tematy, że płaczemy, ale też śmiejemy się, ściskamy. Bywa różnie, ale zawsze wyjątkowo ciekawie.

Nie pamiętam już, czy w czerwcu byli z nami inni pielgrzymi spoza grupy w schronisku. Zwykle, jeśli są, zawieramy znajomości i do samego Santiago mijamy się właściwie każdego dnia. Czasem w kawiarni, czasem w sklepie, a czasem po prostu idziemy razem przez kilka kilometrów. To jest właśnie Camino. Wspólnota.

Camino Portugalskie. Miejsca nieoczywiste.

Tymi samymi trasami chodzę po kilka razy w roku. Zawsze szukam czegoś nowego. Jakiegoś wodospadu, ciekawej knajpy z widokiem, winnicy, kaplicy, klasztoru. Czegoś nowego. Główni dla siebie 😉

Gdy coś szczególnie mi się podoba, sugeruję na tej naszej WhatsApp’owej grupie, że warto w to miejsce pójść.

Czasem moje sugestie wymagają zejścia z Camino. O 500 metrów, kilometr, czasem trzy. Niektórzy korzystają.

Poniżej kilka zdjęć z tych nieoczywistych miejsc.

Nieoczywiści ludzie.

Zwykle źle oceniamy ludzi. Bardzo nietrafnie.

Nawet po kilku godzinach spędzonych z człowiekiem, nie wiemy o nim nic. Zwykle ludzie opowiadając o sobie, tworzą inny obraz siebie, niż są w rzeczywistości. Czasem lepszy od rzeczywistości, czasem gorszy. Zależy.

Dopiero przebywając z daną osobą, szczególnie w trudnych sytuacjach, możemy ją poznać. Tak głębiej, podskórnie. Szymborska pisała cudnie: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. I o innych ludziach też wiemy tyle, ile ich sprawdziliśmy. Nadwyrężyliśmy.

Na innym wyjeździe, parę lat temu miałem pielgrzyma, który świetnie mówił. Cudne, inspirujące historie życiowe. Rzucał poradami na lewo i prawo. Zachwycał innych. Do momentu, gdy trafiliśmy na beznadziejne schronisko po bardzo ciężkim dniu marszu. Wtedy zrobił awanturę.

Znajomy ksiądz, który był ze mną na Camino już kolejny raz, powiedział mi na boku:

Niektórzy są pielgrzymami do pierwszej trudności. Potem na powrót stają się turystami. Sztuką jest pozostać pielgrzymem do końca.

Halinki

Celebrytki naszego wyjazdu. Emerytki. Koleżanki z Warszawy. Takie „maskotki naszego Camino”.

Mimo, że każdy z nas jest inny i wnosi coś zupełnie innego w naszą drogę, czasem trafiamy na osoby wyjątkowe, bo łamiące powszechny standard.

Dla mnie tacy ludzie, poza głównym nurtem, to coś, dla czego warto chodzić na Camino. Czasem takie osoby poznajemy zupełnie przypadkiem, maszerując w upale przez Mesetę, albo podając rękę na znak pokoju w kościele, czy dosiadając się do stołu w albergue.

Moje szczęście polega na tym, że na każdym Camino dostaję takich ludzi „z urzędu”.

Nasze „Halinki” (to już chyba nazwa własna tego duetu; nazwa wymyślona chyba przez Wiolę, naszą grupową wodzirejkę 🙂 ) były zawsze w kontrze do głównego nurtu dyskusji przy wieczornym stole. Bardzo świeże spojrzenie na świat i szczerość, której młodym ludziom coraz częściej brakuje.

Bardzo doceniam.

Osobno, ale razem.

Każdy z nas ma swoje Camino. Zwykle są dwa miejsca, które na naszych wyjazdach nas jednoczą:

  1. Eucharystia
  2. Stół w albergue

W różnych grupach, akcent może być mocniejszy na jedno z tych dwóch miejsc, ale niezależnie od tego, spotykamy się ze sobą. Częściej lub rzadziej.

Czasem bywa tak, że 2-3 dni, nie widzę na oczy którejś osoby z grupy. Wiem, że wszystko jest z nią okej. Że idzie, że śpi w tym samym schronisku, odbiera wiadomości, odpisuje, ma towarzystwo. I mnie nie potrzebuje. I to jest okej. To, ze się nie widujemy, wynika z tego, że mamy inny plan dnia. Nic dziwnego. Czasem, mijając taką osobę gdzieś w albergue, po kilku dniach niewidzenia, oboje parskamy śmiechem: -nooo, kopę laaaat 🙂

Bardzo często jednak spotykamy się ze sobą. Zwykle na modlitwie, albo na zabawie. Bo na Camino, jedno i drugie jest równie ważne.

Gdy mogę, organizuję Msze w wyjątkowych miejscach. Na portugalskim zdecydowanie lubię Kaplicę Objawień w Pontevedra. Od lat jestem tam dogadany z siostrami. Wpuszczają nas na drugie piętro, do celi siostry Łucji dos Santos, której dwukrotnie objawiała się tam Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus.

W Kaplicy Objawień, pieczątka przybijana pielgrzymom do paszportu, to pieczątka wykonana przez nas w Polsce. Niosłem ją w plecaku przez kilka tygodni, by wreszcie zostawić ją siostrom do użytku. Zdjęcie pieczątki poniżej pochodzi z późniejszego, niż opisywane, Camino.

Cuda dzieją się w drodze, nie w Santiago.

Opisywanie naszej wędrówki dzień po dniu, może byłoby dla Was interesujące, ale wypaczyłoby obraz naszego Camino.

Każdy, absolutnie każdy, kto wraca z Camino, mówi, że: -to trzeba przeżyć. Niestety nie da się opisać Camino w relacji. Nie da się opowiedzieć tego, co tam się przeżywa.

Gdybym opisał dzień po dniu, przecież nie poczujecie tego, co my poczuliśmy. Dlatego wrzucam pomiędzy akapity kilka zdjęć, by poruszyć Waszą wyobraźnię i zachęcić do ruszenia w drogę. Niekoniecznie z nami. Mimo, że serdecznie zapraszam. Może samemu, może ze znajomymi. Ale idźcie. Jakkolwiek. Warto.

A w Santiago…

W Santiago de Compostela zwykle jesteśmy wcześnie rano. W ostatni dzień wędrówki, również tym razem, mieliśmy do przejścia tylko 8 kilometrów.

Na Obradoiro, głównym placu przed katedrą, byliśmy w okolicach godziny dziewiątej. Zrzuciliśmy plecaki w albergue i poszliśmy do celu naszej pielgrzymki- grobu św. Jakuba Apostoła, a następnie na Mszę dla pielgrzymów o godzinie 12:00.

Nasz ksiądz koncelebrował, my modliliśmy się z pierwszych ławek. Było wspaniale. Na koniec udało nam się przedstawić Arcybiskupowi Juliánowi Barrio Barrio i zrobić z Nim pamiątkowe zdjęcie.

To był wyjątkowy czas. Kolejnego dni, tradycyjnie pojechaliśmy na „koniec świata”.

Wszystkim uczestnikom bardzo dziękuję: Agnieszce, Edycie, Hani, Garbysi, Szczepanowi i Tomkowi, Asi, Wioli, Dorocie, Kasi, Adamowi i Rafałowi, no i oczywiście Halinkom.

Buen Camino

Na koniec zdjęcie z arcybiskupem (wiem jak wyglądam, weszliśmy do katedry prosto ze szlaku) i kilka zdjęć z naszej tradycyjnej wycieczki na „koniec świata”.

Nasze wyjazdy na Camino zawsze znajdziecie na stronie mypielgrzymi.com/camino oraz na stronach Misja Travel- naszego partnera w pielgrzymkach z plecakiem.