W poniedziałek wkroczyliśmy do Galicji, co wyraźnie widać na załączonym obrazku.

Trudno mi sobie nawet przypomnieć wszystko co się od tego czasu działo, ale były to najintensywniejsze dni na całym Camino. Miejscowości w których byliśmy tez sobie bez przewodnika nie przypomnę- więc uzupełnię je po powrocie.

W poniedziałek ruszyliśmy przed siebie normalnie o 6 rano i cały dzień szliśmy praktycznie wzdłuż dróg i autostrad- ale za to w pięknej dolinie. Dziwiliśmy się, ze Hiszpanie maja tak wysoko w górach autostrady. Przechodziliśmy pod jej ogromnymi filarami i kilkadziesiąt metrów nad nami przejeżdżały ciężarówki- bardzo dziwne uczucie.

Całego dnia nie opisuję, bo jak co dzień brak sił fizycznych i krótki czas dostępu do internetu dają się we znaki. Ważne jest to, że popołudniem- w ogromnym upale doszliśmy do O´Cebreiro- jakieś 1400 metrów w górę- o ile dobrze pamiętam.

Tam trafiliśmy na fiestę odbywającą się w wiosce (my to mamy szczęście!) i oczywiście korzystając z okazji zrobiliśmy na targu zakupy na wieczór i cały następny dzień. Wydaliśmy pewnie z dwa nasze dzienne budżety, ale najedliśmy się i popiliśmy piwa i wina- tego nam było trzeba po całym dniu wspinaczki.

Albergue na O’Cebreiro było świetne- pierwsze z galicyjskich schronisk, które są super odnowione i wszystkie kosztują 3 euro (w 2018 roku 6E). W każdym jest kuchnia, jednorazowe prześcieradła i ciepła woda. Widok z tego w O´Cebreiro był zachwycający i mówilismy, że w tym miejscu powinien stać 5-gwiazdkowy hotel a nie albergue. Poszczęściło nam się.

Rano niestety Ewa miała nieprzyjemną drogę do toalety, bo w nocy ktoś zwymiotował na całej trasie od korytarza do ich toalet i nie posprzatał po sobie. Ale to nie wina albergue.

Tamten dzień był pierwszym z serii dni po 40km dziennie. Codzień zatrzymywaliśmy się w alberguach galicyjskich (xunta) i tak planowaliśmy robić do samego Santiago.

Dzis niestety nie bylo juz miejsc- bo szlismy az 44km i doszlismy tu godzine temu. Jestesmy w Arzua- jakies 39km od Santiago i jutro bedziemy juz na Monte do Gozo- wiec jutro czas na gratulacje, bo ze szczytu na Monte do Gozo (gdzie zostaniemy na noc u polskiego ksiedza O.Romana Wcislo) przy dobrej pogodzie powinno byc widac wieze katedry w Santiago. Pojutrze rano wkraczamy wiec do Santiago- celu naszej wedrowki.

Trzech poprzednich dni nie jestem w stanie teraz opisac, bo malo czasu, ale powiem kilka slow o dzisiejszym dniu. Rano wstalismy juz o 5.45, bo wczoraj bylo juz postanowione (przy piwie i frytkach w Hospital), ze w ciagu dwoch dni wejdziemy na Monte do Gozo.

Rano pobudka jako pierwsi (co dziwne o tej porze- zdarza sie, ze ludzie wstaja juz przed 5 rano), mycie zebow, dwa rogaliki i nektarynka na zab i rura w droge. Wychodzimy po ciemku przed albergue- a tu leje. Tego to sie nie spodziewalismy. Trudno jest isc rano po ciemku w zimnie- a co dopiero w deszczu. Nasze lampki czolowe niewiele dawaly w takiej ulewie, ale jakos znalezlismy szlak i przez pierwsze 2 godziny szlismy do przodu bez slowa. Poprzednie dni daly nam strasznie w kosc, dlatego chyba nie chcielismy tego miedzy soba komentowac. Nasze poncha przeciwdeszczowe nie wytrzymywaly i zaczynaly przemakac. Na szczescie gdy zrobilo sie jasno- przestalo padac. Postanowilismy stanac na sniadanie. Zjedlismy po kawalku czekolady, reszte rogaliskow i jeszcze jakies inne paskudztwa (wczoraj nie bylo sklepu)- popilismy wczorajsza Nestea.

Jako, ze w butach chlupalo- znalezlismy 4 reklamowki jednorazowe i po zmianie skarpet nalozylismy je na nogi. Przez kilka nastepnych godzin ratowaly nam zycie, bo od razu zrobilo sie lepiej w stopy i deszcz, ktory dopadal nas w ciagu dzisiejszego dnia kilkakrotnie- nie byl taki uciazliwy (przynajmniej dla stop). Mijalismy tlumy ludzi i przypomniala nam sie wzmianka z przewodnika, gdzie bylo napisane, jak masy turystow przyjezdzaja tylko po to, zeby przejsc ostatnie 2-3 dni camino (lub tylko ostatnie 20km!). Ci ludzie na trasie nie bardzo nam sie usmiechali, tymbardziej, ze wczoraj nawet probowali dostac sie do albergue xunta- na szczescie hospitalera odprawila ich z kwitkiem. Jest to troche nie fair, ze bus podwozi im bagaze, a oni pedza sobie z 2 kilowym plecaczkiem i potem zajmuja pielgrzymom miejsce w albergue. Ale to sprawa na inny post.

Sytuacja wyglada wiec tak, ze siedzimy w prywatnym albergue- rzut kamieniem od centrum Arzua. Niemcy schodza sie jak muchy do g…. i zachwycaja tym schroniskiem (ktore nam sie nie podoba ani troche). Ewa jest chyba nawet zla, ze musielismy tu zostac. I nie chodzi tylko o kwestie 22 euro, ktore od razu wydalismy na nocleg i pralke, ale o fakt, ze spi tu zupelnie inny rodzaj pielgrzymow niz ten do ktorych przywyklismy na trasie. Powiedzielismy nawet, ze nie lubimy prywatnych albergue. Wybralismy oczywiscie najtansza (i tym samym najgorsza) sale za 8 euro od glowy (jest tam chyba 16 miejsc. Nasi zachodni sasiedzi oczywiscie spia w wiekszych i bardziej przestrzennych- a zatem drozszych salach. Nam nasza nie przeszkadza- tym bardziej, ze narazie jest tam tylko dwoch wlochow oprocz nas.

Jak tylko Ewie wyschna wlosy- idziemy na piwo (na zakwasy) i jakies zakupy, bo marketow w okolicy cala masa. Jutro nie wiemy jak sie dzien potoczy po dotarciu na Monte do Gozo, ale mamy nadzieje, ze bedziemy mieli okazje wejsc na internet, zeby napisac o naszym ostatnim pelnym dniu wedrowki i czy widzimy juz w oddali Santiago. Jeszcze 39km, ale juz jestesmy szczesliwi, bo jest duze prawdopodobienstwo, ze damy jednak rade tam dotrzec. Musimy siebie wzajemnie pochwalic, ze bylismy bardzo dzielni i wytrwali- trzymajcie za nas kciuki jutro i pojutrze. Sobota rano- Santiago de Compostela!!!

Pozdrawiamy wszystkich. Kochamy Was.