Magiczne miejsce na Camino- Casa da Fernanda na Camino Portugués

Magiczne miejsce na Camino- Casa da Fernanda na Camino Portugués
Spodobał Ci się ten wpis?

autor: Teresa Bochenek, wpis konkursowy

Magiczne miejsce na Camino

Jest rok 2010, idę portugalskim szlakiem wraz z przyjaciółmi, małżeństwem Basią i Markiem , poznanymi na pierwszej wędrówce. Wszyscy jesteśmy w jednym wieku (dość zaawansowanym), więc wędruje nam się razem bardzo dobrze.

Wyruszyliśmy z Porto. Po dwóch dniach marszu w upale i wzdłuż ruchliwych dróg, jesteśmy solidnie zmęczeni. Przechodzimy kryzys kondycyjny, a przed nami, w trzecim dniu ponad 20 km z Portele ( Tamal) do Ponte de Lima i to przez góry. Marek mówi, że nie podoła, musi zrobić sobie dzień odpoczynku. Mnie nie bardzo ten pomysł się podoba, bo czas mam wyliczony, samolot powrotny zabukowany i boję się opóźnień. Wertujemy przewodniki , kombinujemy? Pada nawet pomysł, że Marek z Basia pojadą ten odcinek autobusem albo pociągiem i spotkamy się znowu w Ponte de Lima.

Pytam naszego ?hospitalero? o możliwości komunikacyjne i tak od słowa do słowa hospitalero proponuje następujące rozwiązanie: otóż około 10 km stąd jest małe prywatne albergue ?Casa da Fernanda?, tam możemy jutro spokojnie dojść , bez wielkiego zmęczenia. W ten sposób ten trudny odcinek podzielimy na 2 etapy . Pomysł się nam podoba, tylko ja nerwowo przeliczam kilometry, czy zdążę do Santiago. Z grubsza wygląda, że tak, więc już usatysfakcjonowani kładziemy się spać.

W tym miejscy jeszcze muszę zaznaczyć, że tego hospitalero wspominam niezmiernie serdecznie, niewielu takich spotkałam na trasie. Minęło już kilka lat , ale on pozostaje wciąż w mej wdzięcznej pamięci.

Ale do rzeczy : na drugi dzień rano zbieramy się w drogę bez pośpiechu, dzień będzie przecież ?lajtowy?, idziemy jak na niedzielną wycieczkę, a właściwie wleczemy się do tej niewiadomej przystani?

Po jakiś 2, 3 godzinach marszu zaczynamy się jednak niepokoić: nie ma żadnej informacji o wiosce, do której mamy trafić. Nasze internetowe mapki z trasą nie bardzo pokrywają się z rzeczywistością, inne nazwy występują na mapkach, inne czytamy na tablicach, jeśli takowe w ogóle są?

Casa da Fernanda ma być w Lugar Do Corgo, ale na naszej mapce hospitalero zaznaczył wioskę ?Vitorino Dos Pies”. Kiedy jesteśmy bliscy zwątpienia zauważamy na słupie odręczny napis na kartonie ?Virorino Dos Pies? , a po paru krokach jeszcze kolejny napis , zrobiony tą samą ręką ?Casa da Fernanda?.

Camino Portugalskie Casa Furnada

Wchodzimy przez otwartą furtkę do ogrodu. Dom zamknięty, tylko z wnętrza dochodzi ujadanie psa. Ale w dużym ogrodzie stoją rozstawione stoły i krzesła . jest letnia kuchnia z paleniskiem. Wszystko tak ustawione, jak by czekało na nas. Obok zaś mały drewniany domek, który to zapewne jest tym prywatnym schroniskiem. Patrzymy po sobie i już wiemy : nikt nas stąd nie ruszy?

Jest przepięknie: cicho i spokojnie. Ogród cieszy kolorowymi kwiatami, niesie zapach ziół i zapach dojrzałych w słońcu warzyw.

Nie ma nikogo z gospodarzy, nikt nas nie wita ? przynajmniej na razie ? ale nam to nie przeszkadza. To jest nasze miejsce, nasza przystań. Już czujemy się jak w domu, a może i lepiej?

Wkrótce odkrywamy, że drewniany domek nie jest wcale zamknięty; wnosimy więc nasze plecaki , wybieramy łóżka. Jest czyściutko, kolorowe. Elegancka łazienka , w której aż chce się wziąć prysznic. Robimy też mała przepierkę i odpoczywamy w cieniu.

Casa Fernada pościel

Jest już południe , idziemy na poszukiwanie jakiegoś jedzenia. Jest w tej wiosce mały bar oferujący tzw. ?menu dia? . Cały obiad kosztował 5 euro, ale to nie był obiad , to była uczta. Obsługiwani byliśmy prze właścicieli tego baru, sympatyczne małżeństwo wraz z córką. Córka znała trochę j.angielski, więc służyła za pośrednika między nami a nimi.

Obiad składał się z zupy warzywnej (właściwie kremu warzywnego), a na drugie danie podano tzw. feijoadę z ryżem. Feijoada to danie z czarnej fasoli i różnych gatunków mięs; sposób przygotowania podobny do naszej fasolki po bretońsku, ale o niebo lepsze? Na deser kawa, ciastko i lampka wina . Wino samo w sobie było czystą poezją: aromatyczne, esencjonalne, gęste prawie jak oliwa. Oczywiście pochodziło z domowej piwniczki.

albergue ?Casa da Fernanda" Camino portugalskie

Pochłanialiśmy ten obiad z apetytem, wręcz z rozkoszą , wszystko przy cichej adoracji właścicieli, którzy pytali ? ustami swojej kochanej córci- czy na pewno nam smakuje i czy jeszcze coś podać.

A przy tym biła z nich taka radość i duma ze swojego dziecka i z tego, że mogli sprawić przyjemność jakimś nieznanym pielgrzymom.

To ich szczęście, ta duma i bezinteresowna życzliwość dodała nam niemal skrzydeł. Wracaliśmy do naszej przystani syci, szczęśliwi i napełnieni ich uśmiechami, grzecznością i dobrymi spojrzeniami. Już nas nie bolały nogi, plecy, nic absolutnie?

Wczesnym popołudniem przyjechał młody człowiek, przedstawił się jako mąż Fernandy, witając nas jak długo oczekiwanych gości. Przeprosił, że obiad będzie później, bo Fernanda pracuje do 17-tej, więc on na razie proponuje nam tylko zimne przekąski i picie.

Jesteśmy oszołomieni, nie spodziewaliśmy się aż takiej gościnności. Tłumaczymy, że chcemy tylko odpocząć w tym cudownym ogrodzie i przespać się w domku, że głodni nie jesteśmy , bo byliśmy już na obiedzie, że wszystko nam się podoba, że nic nam nie potrzeba., że już rozgościliśmy się w tymże domku i tylko nie wiemy ile kosztuje pobyt. Na co pan uśmiecha się , wzrusza ramionami i mówi, że ?donativo?? Niespodziankom tego dnia nie ma końca.

Zapamiętamy tą wioskę, ten bar no i Casa da Fernanda na długo.

Jeszcze teraz, gdy to piszę przeżywam na nowo ten dzień, czuje te zapachy, widzę te potrawy i tych ludzi tak szczęśliwych. Widzę ogród, w którym odpoczywaliśmy z dala od zgiełku miast, szumu samochodów, gwary ludzi, ścisku w albergach . Widzę gospodarzy tejże ?casy? : Fernandę , jej męża no i jeszcze mamę Fernandy, przesympatyczną starszą Panią.

Poznaliśmy ją, gdy przyszła do ogrodu pomóc zięciowi w drobnych pracach. Potem on pojechał do swojej pracy, a ona przysiadła się do nas i zaczęliśmy rozmawiać. Ona po portugalsku, my po polsku. I o dziwo bardzo dobrze rozumieliśmy się. Opowiedziała nam o swoim życiu, o rodzinie, o tym jak jest dumna ze swoich dzieci. Jest wdową i sama zajmuje się gospodarstwem , widać to było po jej spracowanych dłoniach. Hoduje kury, świnie i co tylko się da. Robi też domowe wino i porto, które spróbujemy później, przy kolacji.

Wieczorem przyjeżdża z pracy Fernanda , wita nas najserdeczniej jak potrafi i od razu zabiera się za przygotowywanie ciepłej kolacji. Próbujemy jeszcze tłumaczyć, że nie jesteśmy głodni, że nie trzeba? ale to próżne gadanie.
No więc asystujemy jej w tych przygotowaniach, pomagamy na ile potrafimy. Nie godzimy się jedynie stanowczo na zjedzenie kolacji w domu; chcemy tu na powietrzu, na wolnej przestrzeni, pod pięknie już rozgwieżdżonym niebem?

Casa Fernanda

Siadamy wszyscy wspólnie do tej obiado?kolacji, rozmawiamy we wszystkich językach jakie tylko znamy : angielski, francuski, hiszpański, polski?

Jest północ, kiedy kończymy biesiadowanie. Pora spać. Tyle wrażeń? cały ten dzień był jak z bajki, jak z pięknego snu, a trafił się nam tylko dlatego ,że Marek był zbyt zmęczony, aby pokonać dzisiaj góry i dlatego, że wczoraj spotkaliśmy wspaniałego hospitalero, który podsunął nam to rozwiązanie?

To był najpiękniejszy dzień na trasie camina portugalskiego i jeden z najpiękniejszych ze wszystkich moich dni spędzonych na wędrówkach.

Spodobał Ci się ten wpis?
468 ad
Fatal error: Call to a member function build_links() on null in /home/kubarefe/domains/mypielgrzymi.com/public_html/wp-content/themes/Divi/sidebar.php on line 10