Dzien 21, 22, 23, 24

Spodobał Ci się ten wpis?

W poniedzialek wkroczylismy do Galicji.

Trudno mi sobie nawet przypomniec wszystko co sie od tego czasu dzialo, ale byly to najintensywniejsze dni na calym camino. Miejscowosci w ktorych bylismy tez sobie bez przewodnika nie przypomne- wiec uzupelnie po powrocie.

W poniedzialek ruszylismy normalnie o 6 rano i caly dzien szlismy praktycznie wzdluz drog i autostrad- ale za to wpieknej dolinie. Dziwilismy sie, ze hiszpanie maja tak wysoko w gorach autostrady. Przechodzilismy pod jej ogromnymi filarami i kilkadziesiat metrow nad nami przejezdzaly ciezarowki- bardzo dziwne uczucie. Calego dnia nie opisuje. Wazne jest to, ze popoludniem- w ogromnym upale doszlismy do O´Cebreiro- jakies 1400 metrow w gore o ile pamietam.

Tam trafilismy na fieste w wiosce (my to mamy szczescie) i oczywiscie korzystajac z okazji zrobilismy na targu zakupy na wieczor i caly nastepny dzien. Wydalismy pewnie z dwa nasze dzienne budzety, ale najedlismy sie i popilismy piwa i wina- tego nam bylo trzeba po calym dniu wspinaczki.

Albergue bylo swietne- pierwsze z galicyjskich schronisk, ktore sa super odnowione i wszystkie kosztuja 3 euro. W kazdym jest kuchnia, jednorazowe przescieradla i ciepla woda. Widok z tego w O´Cebreiro byl zachwycajacy i mowilismy, ze w tym miejscu powinien stac 5-gwiazdkowy hotel a nie albergue. Poszczescilo nam sie. Rano tylko Ewa miala nieprzyjemna droge do toalety, bo w nocy ktos zwymiotowal na calej trasie od korytarza do ich toalet i nie posprzatal po sobie. Ale to nie wina albergue.

Tamten dzien byl pierwszym z serii dni po 40km dziennie. Codzien zatrzymywalismy sie w albergueach galicyjskich (xunta) i tak planowalismy robic do samego Santiago.

Dzis niestety nie bylo juz miejsc- bo szlismy az 44km i doszlismy tu godzine temu. Jestesmy w Arzua- jakies 39km od Santiago i jutro bedziemy juz na Monte do Gozo- wiec jutro czas na gratulacje, bo ze szczytu na Monte do Gozo (gdzie zostaniemy na noc u polskiego ksiedza O.Romana Wcislo) przy dobrej pogodzie powinno byc widac wieze katedry w Santiago. Pojutrze rano wkraczamy wiec do Santiago- celu naszej wedrowki.

Trzech poprzednich dni nie jestem w stanie teraz opisac, bo malo czasu, ale powiem kilka slow o dzisiejszym dniu. Rano wstalismy juz o 5.45, bo wczoraj bylo juz postanowione (przy piwie i frytkach w Hospital), ze w ciagu dwoch dni wejdziemy na Monte do Gozo.

Rano pobudka jako pierwsi (co dziwne o tej porze- zdarza sie, ze ludzie wstaja juz przed 5 rano), mycie zebow, dwa rogaliki i nektarynka na zab i rura w droge. Wychodzimy po ciemku przed albergue- a tu leje. Tego to sie nie spodziewalismy. Trudno jest isc rano po ciemku w zimnie- a co dopiero w deszczu. Nasze lampki czolowe niewiele dawaly w takiej ulewie, ale jakos znalezlismy szlak i przez pierwsze 2 godziny szlismy do przodu bez slowa. Poprzednie dni daly nam strasznie w kosc, dlatego chyba nie chcielismy tego miedzy soba komentowac. Nasze poncha przeciwdeszczowe nie wytrzymywaly i zaczynaly przemakac. Na szczescie gdy zrobilo sie jasno- przestalo padac. Postanowilismy stanac na sniadanie. Zjedlismy po kawalku czekolady, reszte rogaliskow i jeszcze jakies inne paskudztwa (wczoraj nie bylo sklepu)- popilismy wczorajsza Nestea.

Jako, ze w butach chlupalo- znalezlismy 4 reklamowki jednorazowe i po zmianie skarpet nalozylismy je na nogi. Przez kilka nastepnych godzin ratowaly nam zycie, bo od razu zrobilo sie lepiej w stopy i deszcz, ktory dopadal nas w ciagu dzisiejszego dnia kilkakrotnie- nie byl taki uciazliwy (przynajmniej dla stop). Mijalismy tlumy ludzi i przypomniala nam sie wzmianka z przewodnika, gdzie bylo napisane, jak masy turystow przyjezdzaja tylko po to, zeby przejsc ostatnie 2-3 dni camino (lub tylko ostatnie 20km!). Ci ludzie na trasie nie bardzo nam sie usmiechali, tymbardziej, ze wczoraj nawet probowali dostac sie do albergue xunta- na szczescie hospitalera odprawila ich z kwitkiem. Jest to troche nie fair, ze bus podwozi im bagaze, a oni pedza sobie z 2 kilowym plecaczkiem i potem zajmuja pielgrzymom miejsce w albergue. Ale to sprawa na inny post.

Sytuacja wyglada wiec tak, ze siedzimy w prywatnym albergue- rzut kamieniem od centrum Arzua. Niemcy schodza sie jak muchy do g…. i zachwycaja tym schroniskiem (ktore nam sie nie podoba ani troche). Ewa jest chyba nawet zla, ze musielismy tu zostac. I nie chodzi tylko o kwestie 22 euro, ktore od razu wydalismy na nocleg i pralke, ale o fakt, ze spi tu zupelnie inny rodzaj pielgrzymow niz ten do ktorych przywyklismy na trasie. Powiedzielismy nawet, ze nie lubimy prywatnych albergue. Wybralismy oczywiscie najtansza (i tym samym najgorsza) sale za 8 euro od glowy (jest tam chyba 16 miejsc. Nasi zachodni sasiedzi oczywiscie spia w wiekszych i bardziej przestrzennych- a zatem drozszych salach. Nam nasza nie przeszkadza- tym bardziej, ze narazie jest tam tylko dwoch wlochow oprocz nas.

Jak tylko Ewie wyschna wlosy- idziemy na piwo (na zakwasy) i jakies zakupy, bo marketow w okolicy cala masa. Jutro nie wiemy jak sie dzien potoczy po dotarciu na Monte do Gozo, ale mamy nadzieje, ze bedziemy mieli okazje wejsc na internet, zeby napisac o naszym ostatnim pelnym dniu wedrowki i czy widzimy juz w oddali Santiago. Jeszcze 39km, ale juz jestesmy szczesliwi, bo jest duze prawdopodobienstwo, ze damy jednak rade tam dotrzec. Musimy siebie wzajemnie pochwalic, ze bylismy bardzo dzielni i wytrwali- trzymajcie za nas kciuki jutro i pojutrze. Sobota rano- Santiago de Compostela!!!

Pozdrawiamy wszystkich. Kochamy Was.

Spodobał Ci się ten wpis?
468 ad
Fatal error: Call to a member function build_links() on null in /home/kubarefe/domains/mypielgrzymi.com/public_html/wp-content/themes/Divi/sidebar.php on line 10