Rano ruszylismy w miare pozno, bo pobodka dopiero o szostej. Siostry zakonne obudzily nas swietna muzyka i na odejscie zostawily w kuchni kazdemu po czekoladowej muffince. Korzystajac z okazji, ze trafilismy na nocleg z kuchnia, zrobilismy jeszcze harbate i ruszylismy. Aha- spalo sie calkiem wygodnie, choc od towarzystwa z gornych lozek docieral niezbyt przyjemny zapach. Niektorzy na camino zbytnio sie wyluzowuja i zapominaja o kapieli.

dsc05878-1024x768

dsc05882-1024x768

dsc05889-1024x7681

Mielismy poczatkowo w planach zrobienie 26 km i staniecie gdzies na trasie, bo Ewa narzeka wciaz na bol w sciegnie. Wczoraj lekarz zalecil jej pozostanie 2 dni w schronisku- ale kazdemu tak mowia (mi zaaplikowal kolejny zastrzyk- tym razem bolal tak bardzo, ze po drodze z zastrzyku musialem przystanac na lawce na 15 minut, zeby zlapac oddech). Po drodze jednak okazalo sie, ze trasa jest rowna jak szklo i w dodatku nawierzchnia calkiem nam odpowiadala. Zdecydowalismy, ze podobnie jak Marek- nasz znajomy czech z Liberca- pojdziemy cale 41-42 km do Sahagun, skad wlasnie pisze (ledwo co pisze…), korzystajac z darmowego internetu (30minut). Trasa mimo, ze calkiem niewymagajaca dobila nas konkretnie, bo upal byl niemilosierny. Rano, gdy zatrzymalismy sie gdzies w polach na puszke coli, cieszylismy sie, ze chyba dzisiaj nie bedzie grzalo. I co? Po godzinie bylo jakies 80 w cieniu i wszystkie rzeki wyschly. Nawet wiatr nie pomagal- wial po nogach, ale byl tak goracy, ze muchy padaly na asfalt. Ledwo doszlismy- okolo 16tej.

dsc05891-1024x768

dsc05892-1024x768

dsc05898-1024x768

Albergue w Sahagun jest calkiem fajne- na dole maja ten darmowy internet i informacje turystyczna, ciepla woda na gorze, pralka dla chetnych za 3 euro i miejsce na dworze do suszenia bielizny. Aha- nawet mala elektryczna kuchenke maja, ale nie liczymy, ze sie dopchamy bo jest tu ponad 100 miejsc, wiec beda chetni do tych dwoch palnikow. Pewnie kupimy cos do mikrofali, albo na zimno- jak zwykle. Ah, bym zapomnial. Wczoraj u siostr zrobilismy wreszcie nasza jajecznice na boczku, poczestowalismy Marka, wywalilismy butelke wina za 1.10 euro (czyli tego z wyzszej polki) i walnelismy drzemke po poludniu. Wieczorem bylismy tez na mszy, ale ze wszystkich na ktorych bylismy w hiszpanii- na tej rozumielismy najmniej. Na koncu blogoslawienstwo nawet bylo. Ogolnie Carrion bylo super.

Jutro mamy w planie jakies 30-31 km, bo chcemy wymierzyc odleglosc tak, zeby na nocleg pojutrze trafic do Leon. Konczy nam sie pamiec na kartach do aparatu, wiec musimy gdzies to zgrac na dvd- a w wiekszym miescie pewnie bedzie latwiej. Poza tym jest tam podobno fajne albergue- znowu u siostr zakonnych. Ewa nawet zaakceptowala ten plan dzialania, wiec wszyscy sa happy.

dsc05894-1024x768

dsc05899-1024x768

dsc05902-1024x768

Jakies 10km przed Sahagun spotkalismy pod drzewkiem dwoch polakow z Wroclawia. Pedza jak szaleni, bo juz 11tego chca byc na Fenisterre albo w szpitalu- jak sami powiedzieli. Cos im zle poszlo po drodze i z powodu choroby stracili 10 dni- teraz musza nadganiac. I ida z Lourdes- wiec szacunek 🙂 dopisane po powrocie: Parę dni później dowiedzieliśmy się od ‚naszego’ pana Andrzeja, że jeden z nich był księdzem i tego dnia wieczorem odprawiał mszę- szkoda, że się nie zgadaliśmy 🙁 Plotka głosiła, że ksiądz ma obiecaną parafię, jeśli przejdzie camino- ile w tym prawdy- nie wiem 🙂

Koncze ten wywod, bo za plecami siedza inni chetni do pisania a poza tym skonczyla sie sjesta i pora ruszac na zakupy i do apteki. Zyjemy jakos i napieramy naprzod.

Pozdrawiamy. Ewa i Kuba z Sahagun.