Sierpień 2008


Nocleg w Castrojeriz nie byl tak straszny jak nam sie wydawalo, ze bedzie. Po polnocy cisze zaklocili tylko hiszpanie, ktorzy zdecydowali sie laskawie wrocic z popoludniowego winka w barze. Rano szalony Jose- hospitalero z wybujala wyobraznia- zafundowal nam po kawce na droge, ciasteczkach z maslem i po jablku na pozniej. Nawet zalapalismy sie na uscisk od niego i ostatnia porcje zartow. Droga byla nienajgorsza- tylko za Castrojeriz strome podejscie, ale wynagrodzone pieknym widokiem za plecy i polami slonecznikow o wschodzie slonca.

dsc05793-1024x768

dsc05808-1024x768

dsc05817-1024x768

Po kilku kilometrach odpoczelismy na sniadanku w zagajniku posrodku pol, gdzie zagadywal nas hiszpan, ktorego za cholere nie moglismy zrozumiec. Po poludniu inni pielgrzymi opowiadali nam, ze rozdawal on za darmo kawe i owoce dla pielgrzymow- trudno.

dsc05821-1024x768

dsc05837-1024x768

dsc05844-1024x768

Droga od samego wejscia na Mesete jest strasznie monotonna i w porownaniu do poprzednich rejonow- nieciekawa. Widoki piekne, ale po tym co widzielismy przez ostatnie 2 tygodnie- juz nas tak nie zachwycaja. Idzie sie strasznie latwo, bo po plaskim, wiec az glupio nam, gdy po 25 kilometrach zatrzymujemy sie na nocleg- ale przeciez nie ma sie gdzie spieszyc. Wczoraj z Castrojeriz dotarlismy na nocleg po 26 kilometrach i byla dopiero 13-ta (a wyszlismy wyjatkowo pozno tego dnia bo o 7mej). Nocleg byl calkiem fajny. Wypralismy w pralce wszystkie moje rzeczy, zeby zabic robactwo, ktore ewentualnie moglo sie gdzies ukryc- razem ze spiworem i plecakiem. Towarzystwo bylo doborowe i poznalismy kilka bardzo ciekawych osob- Anne z Berlina, Ulle z Norwegii, dwie polki z gornego slaska (mijalismy je juz na trasie)- Asie i Gosie, ktore z powodu kontuzji kibluja dwa dni w Fromista oraz pana Andree (Andrzeja)- Francuza polskiego pochodzenia- jak sam sie nazywal. Wieczor spedzilismy pijac wino i zajadajac sie roznymi smakolykami.

dsc05856-1024x768

dsc05858-1024x768

dsc05863-1024x768

Spalo sie fajnie, choc krotko. Na szczescie dzisiaj tylko 20km, bo nastepny nocleg dopiero za kolejne 17km. Troche osob sie porwalo na te 37 dzisiaj, ale my chcemy odsapnac- Ewe troche boli sciegno a mi szczerze mowiac jakos nudno sie idzie po tej plaszczyznie. Droga wyglada tak, ze biegnie rownolegle do drogi dla samochodow i jest wysypana grysem albo utwardzona- dla pielgrzyma nuda (jak spacer do kiosku po gazete). I calkiem dobrze, ze zrobilismy taki krotki bieg dzisiaj, bo spotkalismy wlasnie Marka- czecha, ktorego poznalismy kilka dni temu i z ktorym bylismy razem feralnej nocy w San Juan de Ortega (gdzie mnie pogryzly robale). Marka nic nie pogryzlo, ale mowi, ze budzil sie kilka razy, bo mu pluskwy chodzily po twarzy. Spoko.

dsc05866-1024x768

dsc05868-1024x768

dsc05871-1024x768

Teraz jestesmy w Carrion de los Condes u siost zakonnych. Albergue za 5 euro – pelen wypas. Tani internet (jakies pol godziny temu wrzucilismy 1,5 euro i ciagle mam 1.01 na liczniku), jest goraca woda, pralnia i wymarzona kuchnia- wiec po poludniu jajecznica na boczku (zaprosilismy tez Marka, bo mamy az 12 jaj). Sklep trafilismy fartem- dobrze, ze zapytalismy sie w informacji turystycznej bo dzisiaj niedziela i o tej porze juz byloby wszystko zamkniete- a tak mamy zakupy na dzis i jutro na sniadanie. Zrobilismy juz herbatke (hiszpanska- beznadziejna) i Ewa wlasnie pisze kartki na stoliku za mna. Aha- czysto w lazienkach i kosciol pod nosem. Msza o 19tej- pojdziemy. Czujemy sie troche jak na wczasach dzisiaj, bo wszystko mamy na miejscu, nie trzeba wiec lazic po miescie i szukac. Jest dopiero 14ta a my juz pokapani, poprani, po zakupach i szukamy zajecia na popoludnie.

dsc05874-1024x768

dsc05864-1024x768

Jutro chyba jakis sredni dystans pojdziemy- cos kolo 30tu, bo moze Ewa bedzie juz miala zdrowsza noge i poza tym nie wypada sie tak lenic na camino. Poza tym dogonimy tych co dzisiaj popedzili dalej (miedzy innymi pan Andree, ktory zajmuje sie gromadzeniem informacji do jakichs francuskich przewodnikow o camino). Zyjemy calkiem dobrze i dochodzimy do siebie po wszystkich przejsciach. Ide wypic wapno.

Kuba- Carrion de los Condes

Nie wiem od czego zaczac. Bardzo dlugo nie mielismy dostepu do internetu, ale nawet gdybysmy mieli- pewnie nie napisalbym ani slowa, bo tyle sie dzialo. Od ostatniej notki ruszylismy do Granon- miejsce polecalo nam wiele osob i pewnie wszystko byloby super, gdyby nie dzien w ktorym tam trafilismy.

dsc05674-1024x768

dsc05681-1024x768

dsc05683-1024x768

Gdy doszlismy na miejsce, przywitala nas pani (mowila po angielsku- wiec nam przypasowala) i od razu zaprosila na obiad i kolacje pozniej. Miala byc modlitwa w kaplicy, ale niesety do niej nie doszlo. Zasiedlismy do stolu i najedlismy sie chyba po raz pierwszy od wyjazdu. Wina tez bylo pod dostatkiem.

dsc05691-1024x768

dsc05698-1024x768

dsc05701-1024x768

dsc05699-1024x7681

Musze zaznaczyc, ze to albergue miescilo sie praktycznie w budynku kosciola- na trzech poziomach. Na najnizszym, gdzie my zajelismy swoj kawalek podlogi bylo wyjscie na chor kosciola. A dlaczego trafilismy na zly dzien? Co roku w Granon odbywa sie przedstawienie na temat pielgrzymow do Santiagio i samego Camino. W dniu, gdy my tam trafilismy odbywala sie proba generalna. Zaczela sie ona o 22giej a skonczyla nawet nie wiem kiedy- byla to najgorsza noc (jak do tamtego czasu- od wtedy mielismy gorsze). Bylo strasznie glosno i nawet po polnocy budzil nas ryk glosnikow i spiew (musimy przyznac, ze naprawde piekny) choru. Nie rozwijam bardziej tego tematu, bo malo czasu. dopisane po powrocie: Nocleg w Granon zapadł nam w pamięci nie tylko ze względu na próbę chóru w nocy. Zaskoczyła nas niezwykła gościnność hospitaleros. Zostaliśmy napojeni, nakarmieni, dostaliśmy miejsce do spania. Na stoliku na górnym poziomie leży skrzynka na datki (donativo); tutaj jest ona otwarta i widnieje na niej napis: ‘ podaruj ile możesz, lub weź ile potrzebujesz…’

dsc05725-1024x768

dsc05726-1024x768

dsc05730-1024x768

San Juan de Ortega. Z Granon do tego miejsca jest jakies 42 km, wiec maraton. Patrzac na to, ze po gorach i z pelnym plecakiem- mozna nam chyba wybaczyc slaby czas. Odcinek naprawde przepiekny. Mielismy w planach stanac kilkanascie kilometrow wczesniej (12 chyba) ale zdecydowalismy sie isc dalej, bo byla dopiero 12.30- nasz blad. Dlaczego- w San Juan de Ortega pogryzly mnie bed bugs- takie robale, ktore zyja w lozkach, starych budynkach, drewnie i wilgotnych miejscach (glownie ze wzgledu na brak higieny). Do dzis nie moge sie z tego wykaraskac- ale o tym zaraz. Samo schronisko- znowu przy kosciele- piekne, choc po smierci opiekuna tego miejsca na poczatku tego roku (ksiedza- jednego z tworcow wspolczesnej drogi i wielkiego promotora Camino) strasznie zaniedbane.

dsc05734-1024x768

dsc05735-1024x7681

dsc05738-1024x768

Kosciol obok fajny, msza niestety 20-minutowka, ale bez zbierania na ofiare- wiec uczciwe zagranie. Po mszy poszlismy do pobliskiej restauracji na menu del peregrino za 10euro- najedlismy sie za wszystkie czasy. Chyba marne schroniska Pan Bog nam wynagradza obfitymi kolacjami. Jako ciekawostka- kelnerem byl koscielny, wiec pewnie dlatego taka krotka msza.

W pokoju ulokowal sie kolo nas Marek- czech, ktorego przedstawil nam pare dni wczesniej Joahim- polak poznany gdzies na trasie. Ciekawi jestesmy, czy Marek przypadkiem nie zlapal tej samej zarazy co ja. No, teraz czas o tej zarazie pooopowiadac. Objawia sie to tak, ze masz cale cialo pogryzione i swedzace i z godziny na godzine pojawia sie coraz wiecej ukaszen. Nie bede przewdstawial calej sytuacji bo nie ma czasu.

dsc05741-1024x768

dsc05744-1024x768

dsc05749-1024x768

Jestem caly pogryziony (jak przez osy) i dzis trafilem do Centro Medical (he, trafilem- pedzilismy do niego 30 kilometrow w 40 stopniowym upale). Lamanym hiszpanskim jakos wytlumaczylem lekarzowi o co mi chodzi. Przepisal mi jakas masc na swedzenie (ktora dziala raczej odwrotnie, dal 4 tabletki- jakies mocne podobno. Dostalem tez karteczke do pokoju obok, gdzie piekna hiszpanka zaaplikowala mi w tylek najbolesniejszy zastrzyk, jaki udało sie wymyslic Lucyferowi- tak, ze kuleje do tej pory. Czuje sie minimalnie lepiej- mam nadzieje, ze do rana zacznie mi przechodzic (co patrzac na nasz dzisiejszy nocleg dobrze raczej nie wrozy).

dsc05755-1024x768

dsc05761-1024x768

dsc05763-1024x768

O wczorajszym noclegu nie chce mi sie nawet pisac, bo byl tak dziwaczny (lacznie z sama Hospitalera- czyli wlascicielka), ze czulismy sie jak w jakiejs zlej bajce z dziecinstwa. Powiem tylko, ze np. musielismy nasze plecaki zapakowac w czarne worki- takie w jakie u nas pakuje sie zwloki- i za nic nie wyciagac nic na lozko. Ale zyjemy. O Rabe- po powrocie.

dsc05774-1024x768

dsc05776-1024x768

dsc05780-1024x768

Dzis machnelismy kolejne 30 (bo oba poprzednie dni w okolicach maratonu)- dziesiec wiecej niz bylo w planach. Okazalo sie jednak, ze we wsi 10km wczesniej nie bylo ani internetu, ani lekarza- ktorego bylo nam trzeba, zebym przezyl kolejna dobe. Doszlismy wiec do Castro-costam- (Castrojeriz) nazwy nawet nie pamietam i znalezlismy ta przychodnie. Potem udalismy sie na poszukiwanie noclegu- trafilismy do jakiegos municipal, gdzie jest chyba najbrudniej z wszystkicvh miejsc w ktorych bylismy. Jestesmy troche podlamani i muslimy o domu. Godzime temu siedzielismy nawet i cieszylismy sie, ze mamy takie swietne rodziny i niczego w naszych domach nie brakuje. I chyba na tym nasze camino ma polegac- zebysmy nauczyli sie doceniac wszelkie dobra, ktore dal nam Bog i podeszli do zycia z wiekszym dystansem- zaczeli rozumiec, ze “najwazniejsze rzeczy w zyciu wcale nie sa rzeczami”. Siedzimy teraz w zadymionej knajpie, gdzie hiszpanie rozgrywaja turniej w karty. 3 cm nad moja glowa mozna zawiesic siekiere a Ewa juz chyba ma dosyc tego miejsca. Koncze wiec- musze jeszcze napisac post na anglojezycznych forach, zeby ostrzec ludzi przed noclegiem w San Juan.

Zyjemy i kochamy Was.

Kuba I Ewa (zza mojego ramienia)

Ewa miala dzisiaj swoje cale 20 minut na internecie- teraz ja sie streszcze.

Wyszlismy z Navarette dopiero po 6.30- bo cisza nocna w albergue nas zatrzymała. Bylo calkiem fajnie, wieczorem poszlismy na menu del peregrino. Srednio sie najedlismy. Ja mialem jajko sadzone z boczkiem, na drugie ryba. Ewa salatke i tez rybe. Do tego dostalismy piwo i wino, no i lody na deser- calkiem dobre. Niestety az 10 euro od glowy. W nocy obudzila nas stara niemka, ktora chrapala jak ursus. Na szczescie Ewa zostawila mi pod reka zatyczki do uszu, ktorych nie omieszkalem sie uzyc.

dsc05641-1024x768

dsc05643-1-1024x768

dsc05647-1024x768

Byla tez inna sytuacja wczoraj- Ewie zginal recznik. Albo spadl na ulice i ktos go sobie wzial, alebo ktos po prostu spakowal go sobie do plecaka. Dzisiaj w Najera kupilismy nowy u jakichs chinczykow za 3 euro.

Szlo sie calkiem przyjemnie, bo trasa byla dobra. Wczoraj weszlismy do La Rioja- winnego rejonu hiszpanii- wiec wszedzie wkolo tylko winnice. Krajobrazy piekne- gdzie sie nie rozejrzec piekne gory i wioski. W Najera oprocz recznika kupilismy troche jedzenia w markecie, bo nie wiedzielismy czy tutaj bedzie sklep (dalej nie wiem). Doszlismy w ekspresowym tempie i bylismy drudzy na noclegu. Teraz jest 12.45 a my juz jestesmy po kapieli. Nawet postanowilismy rozbic skarbonke i zamowic pranie w pralce (nasze rzeczy potrzebowaly juz porzadnego prania- nie takiego pod prysznicem).

dsc05648-1024x768

dsc05651-1024x768

dsc05655-1024x768

Tutaj musze opowiedziec o albergue w ktorym dzisiaj spimy, bo jestesmy tym strasznie podekscytowani. Jest to albergue municipal (czyli miejskie). Od innych rozni sie tym, ze jest nowo wybudowane i swiezutkie. Kosztuje 6 euro- czyli srednia cena, ale dostaje sie pokoj DWUOSOBOWY!!! (kto byl na camino ten wie, co to znaczy miec pokoj dla siebie), jest ciepla woda, kuchnia, automaty z piciem, mocna kawa, internet 20minut, pralka, patio na zewnatrz, fontanna i super mila obsluga. Jestesmy w siodmym niebie. Czekamy tylko az dotrze jakiej znane towarzystwo albo ktos nowy, kto zalapie sie z nami na wino (3 euro w recepcji).

Na 19.45 pojdziemy chyba do kosciola, bo wczoraj w Navarette mszy nie bylo. Troche lipa, bo do konca camino (poki nie wyspowiadamy sie u ojca Romana na Monte do Gozo) nie mozemy przyjac komunii. Chyba, ze spotkamy jakiegos polskiego ksiedza. /co do polskiech ksiezy- widzielismy w Punte la Reina wpis jakiejs grupy, ze ich ksiadz przewodnik chce machnac camino w 26 dni/. Co do tej mszy to sie jeszcze okaze, bo jestesmy tak podekscytowani albergue, ze nie chce nam sie stad ruszac. Moze nawet ugotujemy z kims na spole obiad- makaron albo cos, zeby sie naladowac weglowodanami.

Dagne i Tomka z Wroclawia zostawilismy za soba w Torres del Rio i chyba juz ich nie zobaczymy, chyba, ze dojada jutro autobusem do Granon.

Strasznie bola nas nogi. Mamy problemy z kolanami i oboje utykamy. Ja mam problem z prawa i lewa kostka, ale jakos jeszcze ide. Smarujemy sie voltarenem, ale na niewiele to sie zdaje. Jak bedzie gdzies czerwony krzyz to zajdziemy na badanie i po jakies opaski uciskowe i leki. Najgorzej jest kolo poludnia, gdy miesnie i sciagna maja juz dostyc i prosza o odpoczynek.

Przy podejsciu do Azofra widzielismy starego belga z osiolkiem. Gosc mial dlugie siwe wlosy i brode. Wyszedl z Belgii 11 maja i chce dojsc w drugiej polowie wrzesnia- jak my. Podziwiamy go. A Ewa zakochala sie w osiolku.

Musze powoli konczyc, bo nie chce brac nastepnych 20 minut- zreszta za mna juz kolejka sie zrobila.

Zyjemy i idziemy. Kuba.

Dzien byl dlugi- tyle powiem.

Wczorajsze schronisko ma minusa i kazdemu odradzam. Casa Mari w Torres del Rio jest bardzo brudne i przeludnione. Rano nawet w kuchni lezeli ludzie (chyba amerykanie). Dzisiaj straszny upal. Rano szlismy w zimnie, zanim nie wstalo slonce. Za nami przez kilka godzin nie bylo nikogo i szlo nam sie bajecznie. Zatrzymalismy sie w dolinie, i jedzac brzoskwinie czekalismy na wschod slonca. Momentalnie zaczelo robic sie cieplej i nasze skostniale rece w koncu dochodzily do siebie. W planie mielismy Legrono albo wlasnie Navarette.

dsc05590-1024x768

dsc05597-1-1024x768

dsc05599-1024x768

Do Logrono doszlismy w okolicach poludnia- strasznie juz grzalo. Logrono to duze miasto i bylismy troche zli, ze musimy tamtedy isc. Czlowiek nie moze sie skupic na swoich myslach i kazdy gdzies pedzi. Minelismy albergue w okolicach wielkiego mostu przez ktory przeszlismy i postanowilismy isc dalej. W kafejce internetowej (bo sklepy pozamykane w niedziele) kupilismy dwie puszki coli i dwa rogaliki. Ruszylismy poza miasto, droga strasznie odkryta i ani miejsca do ukrycia. Poza tym nie bylo gdzie zrobic siku. Odpoczelismy najpierw gdzies w winnicach pod migdalowcem a potem juz przed Navarette w ruinach Hospital del Peregrino. Doszlismy do albvergue gdy bylo jeszcze zamkniete. Na miejscu spotkalismy tego polskiego szafarza (chyba), ktory mieszka w niemczech i mieszkamy dzisiaj w tym samym schronisku- pewnie wieczorem pojdziemy cos zjesc. Otworzyli o 14.30 gdy byla juz kolejka. Teraz nawet nie sprawdzalem, ale jest juz chyba full.

dsc05609-1024x768

dsc05607-1024x768

dsc05605-1024x768

Cena 3 euro- najtaniej do tej pory. Duzo miejsca w pokojach, czysto i spoko hospitalero. Pietro nizej mamy jadalnie i jakies ksiazki do czytania. Jedyny minus to piwo w knajpie obok, skad wlasnie pisze- duze za 3 euro- najdrozej na calej drodze i tyle samo co nasz nocleg. Moje pierwsze i ostatnie. Internet za 1 euro- 25 minut. Kilka osob juz tu siedzi- wykapani, wypachnieni i czekaja na swoje patatas bravas. Ja dzisiaj potrzebuje misa, wiec zaczekam na jakies menu del peregrino wieczorem. Ewie jeszcze nie mowilem, ale bedzie dym- msza ostatnia byla o 13.30, wiec niedziela bez mszy. Pewnie pojdziemy sie tylko pomodlic a jutro pojdziemy na msze.

dsc05618-1024x768

dsc05613-1024x768

dsc05616-1024x768

Jeszcze nie wiem dokad jutro, bo nawet nie spojzalem na mape, ale probujemy tak wszystko wymierzyc, zeby pojutrze byc w Granon- super klimat, spanie w kosciele i polowe warunki- wspolna kolacja, msza i modlitwa wieczorna i chyba donativo.

Myslelismy, ze dzis bedzie gorzej, ale jakos dotarlismy, widzielismy wielkiego byka i z poltora kilometra krzyzy na siatce- na zdjeciach z camino kazdy je ma. Zrobilismy swoj krzyzyk i wpletlismy w ogrodzenie.

dsc05624-1024x768

dsc05633-1024x768

dsc05627-1024x768

Teraz chyba zafundujemy sobie drzemke z godzinke i pojdziemy jesc. Jestesmy z siebie zadowoleni, bo polak o ktorym wzpomnialem policzyl, ze zrobilismy cos kolo 33km. A przy kolejce do albergue spotkalismy jeszcze 3 polki, ktore mijalismy dzisiaj i witalismy sie po hiszpansku. Ale chyba nie w naszym klimacie, wiec pozostaniemy przy naszym amigo. Koncze i do uslyszenia wkrotce.

Kuba.

Internet tylko 20 minut- zostalo 12, wiec szybko.

Rano ruszylismy o 6.12. W albergue w Estella dostalismy na sniadanie suchary z dzemem. Pobudka byla niesamowita (my wstalismy kolo 5.30- jak polowa albergue). Z glosnikow lecialo “No woman, no cry” i inne przeboje Marleya. Chcialo nam sie plakac, ale ruszylismy w droge. Hospitalero rzucil “buen camino” i za pol godziny bylismy w gorach poza miastem. Szlo sie swietnie. Pierwsze 17 kilometrow lyknelismy w 3 i pol godziny. Widoki byly bajkowe i mowilismy, ze gdyby to bylo w Polsce- musielibysmy stanac i robic zdjecia naokolo.

dsc05544-1024x768

dsc05554-1024x768

dsc05550-1024x768

dsc05556-1024x768

Bylo super. Minelismy wiec Los Arcos, gdzie mielismy w planie nocowac i poszlismy dalej- do Torres del Rio, gdzie nocujemy dzis. Przeszlismy wiec jakies 28 kilometrow. Dobrze, ze poszlismy dalej, bo kilometr przed Torres spotkalismy Tomka i Dagne, ktorych poznalismy w Arre. Oni ida raczej zolwim tempem i wczoraj podjechali autobusem- dlatego byli przed nami. Opowiadali o nas innemu polakowi, ktory mieszka w niemczech, ktorego tez poznalismy dzis na trasie. Byl pelen podziwu dla nas, gdy dowiedzial sie, ze idziemy z Estelle.

dsc05573-1-1024x768

dsc05571-1024x768

dsc05578-1024x768

Albergue w Torres del Rio (privado) jest brudne jak cholera i jest pelno much. Widok z tarasow na piekna miejscowosc i okolice niestety tego nie rekompensuje. Lodowka smierdzi i lozka nie byly sprzatane pewnie od kwietnia. Piwo tanie- san miguel za 80 centow, wiec pijemy. Okazalo sie, ze Tomek jest lekarzem, wiec Ewa juz dopytuje sie o wszelkie dolegliwosci i zaczerpuje rad u niego. Sklep w wiosce slaby, wiec chyba jutro staniemy na poj godziny w Legrono na zakupy i bedziemy je targac dalej (jesli pojdziemy dalej niz Legrono- Ewe bola nogi). Nasz najdalszy cel jutro to Navarette- 28 km- lajtowo.

Pierwszy raz jedlismy winogrona, bo szlismy caly dzien odludziami, wsrod winnic- do ludzi byly kilometry. Aha, zerwalem tez cos dziwnego z drzewa i okazalo sie, ze to migdaly- super, duzo lepsze niz te ze sklepu. Znowu tez widzielismy jaszczurki.

dsc05575-1024x768

dsc05583-1024x768

Gdy podchodzilismy do Samport, minal nas samochod. Facet walil w klakson i krzyczal przez szybe “BUEN CAMINO!!!”. Poczatkowo sie wystraszylismy, ze w nas wjedzie, ale potem bylo nam milo. Ludzie szanuja nas bardzo na trasie i kazdy mowi dzien dobry i zyczy bezpiecznej drogi. Dzisiaj mielismy naprawde dobry dzien. Jutro mamy zamiar isc na normalny obiad, na menu del peregrino w Navarette.

Koncze, bo konczy sie moj czas a niemcy tak halasuja, ze i tak nie moge sie skupic. Wlasnie jakas mloda siksa zgasila mi swiatlo. Mamy sie dobrze. Do uslyszenia.

Kuba.

Wyladowalismy dzis w Estella. Calkiem spokojnie, bo dotarlismy okolo 12.40 i bylismy prawie pierwsi przy drzwiach. Jutro tez spokojnie. Jeszcze nie wiem, gdzie idziemy, ale tez raczej spokojnie. Teraz wypilismy po piwie z automatu i czekamy na koniec siesty, az otworza sklepy. Pojdziemy zrobic zakupy, zjemy cos i pojdziemy spac. Albergue w Estella kosztuje 5.50 i sniadanie podobno jest w cenie, wiec calkiem spoko.

dsc05507-1024x768

dsc05501-1024x768

dsc05494-1024x768

Wczoraj doszlismy skonani i nie mielismy ochoty sie ruszac. Wypilismy po piwku w kawiarni w Punte la Reina i wrocilismy do lozek. Hospitalero w Punte la Reina dawal wszystkim darmowe masaze. Z tego co ja widzialem, to masowal tylko kobioety. Ewa powiedziala, ze w ten sposob to dalaby sie wymasowac tylko mi. Mimo wszystko wyspalismy sie dosc dobrze i o 6tej bylismy juz na trasie. Aha, nad ranem z lozka spadl hiszpan i nas wszystkich pobudzil (podobnie jak burza z piorunami w okolicach 2giej w nocy).

dsc05511-1024x768

dsc05499-1024x768

dsc05519-1024x768

Internet tutaj 1euro za 15 minut, wiec koncze. Zostaly mi 2 minuty. Warunki znosne- kuchnia jest, ale nie skorzystamy. A menu pielgrzyma w miescie nie schodzi ponizej 9 euro. Dzisiaj wczesnie idziemy spac. Na trasie tlumy, wiec jutro znowu wczesnie wstajemy. Pozdrowienia. Mamy sie dobrze.

dsc05516-1024x768

dsc05482-1-1024x768

dsc05536-1024x768

Kuba

Nawet nie wiem od czego zaczac. Wczoraj nawet nie ruszylismy dlugopisem a do internetu nie bylo dojscia. Poza tym bylismy niezywi po przejsciu calej drogi z Roscenvalles do Arre (przed Pamplona)- wg roznych przewodnikow od 38 do 43 km przez gory.

dsc05376-1024x768

dsc05377-1-1024x768

dsc05385-1024x768

W albergue w Arre (nalezacym do parafii) spotkalismy polakow z ktorymi pozniej bylismy na zakupach (Dagna i Tomek z Wrocławia) i na menu del peregrino za 7.45 (przystawka- po ktorej bylem juz pelny, drugie- ja wzialem rybe z frytkami, wino, woda i deser). Dziewczyny na przystawke wziely jakis makaron i bolal je brzuch- pewnie bylo wczorajsze.

dsc05386-1024x768

dsc05394-1024x768

dsc05395-1024x768

Trasy z Roscenvalles nie bede opisywal, powiem tylko, ze bylo to nieziemskie cierpienie, jakiego w zyciu nie doswiadczylem- podobnie Ewa. Polacy z albergue’a przeszli ten odcinek w dwa dni a nie w jeden- jak my. Poczatkowo mielismy sie zatrzymac w Larsoanna, ale doszlismy tam o 12.50 i mielismy jeszcze ostatek sil aby ruszyc dalej. Do Arre bylo kilkanascie kilometrow i zdecydowalismy sie isc. Blad.

dsc05401-1024x768

dsc05404-1024x768

dsc05408-1-1024x768

Dzisiaj szlismy z Arre do Punta la Reina, skad teraz pisze. Kazdy krok byl bolesny i nawet po przejsciu gorskiego odcinka (tego przy wiatrakach) myslelismy o zatrzymaniu sie gdzies wczesniej. Jednak dalismy rade. Jest 15.16 i jestesmy juz wykapani i zaklepalismy pokoj z niemcami z teksasu i nie wiem jeszcze kim- nie widzialem. Miejsc do spania jest chyba 10 w pokoju, ale strasznie ciasno. Na cale albergue jest tez tylko 2 prysznice. Zalowalismy, ze nie zatrzymalismy sie 400 metrow wczesniej w prywatnym albergue za 6 euro (nasze 5E), bo byly tam miejsca i miejsce bylo piekne, zacienione i z masa krzewow i drzewek oliwnych. Tutaj jest za duszno jak na nasz gust. Dlatego kazdemu polecalbym to prywatne wczesniej. (dopisane po powrocie: Na trasie dzień później spotkaliśmy kilka osób, które spały w prywatnym albergue i okazało się, że w pokojach nie było okien i było bardzo duszno)

dsc05411-1024x768

dsc05415-1024x768

dsc05426-1-1024x768

Aha, wczorajsze albergue w Arre- tuz za mostem- bylo super, wygodne koje, kuchnia, pokoik do prania, ciepla woda i ogrod, aha- kaplica tez byla i do tego salon z automatami na jedzenie i picie (heineken). My jednak poszlismy na piwo i lampke wina do miasta. Po tym piwie mialem helikopter w glowie, jakbym wypil pol litra wodki- ze zmaczenia chyba.

dsc05427-1024x768

dsc05439-1024x768

dsc05441-1-1024x768

Zaraz Ewa odpocznie i idziemy szukac sklepu albo taniego menu del peregrino, bo padamy z glodu a w plecaku zostala tylko puszka sardynek i 2 kostki czekolady. Jutro nie idziemy daleko- 22 kilometry, jak wynika z przewodnika. Nie mamy sily a dzisiejsza trasa- 28km dala nam ostro w kosc. Poza tym od polowy drogi wczoraj (od Zubiri) slonce wlecze sie nad nami gdziekolwiek pojdziemy.

dsc05449-1024x768

dsc05451-1024x768

dsc05453-1024x768

Troche martwimy sie o nasze stopy i nogi. Mamy pierwsze odciski i pecherze, poza tym bola nas stopy i ramiona- od plecaka. Sztyfty i plastry Compeed to tak jakby bic sie z lwem przy uzyciu wykalaczki. Trzeba to chyba przecierpiec. Chcialbym powiedziec, ze mamy dosc, ale niezupelnie tak to wyglada, bo po dojsciu do albergue robi nam sie lepiej i po godzinie mozemy juz nawet mowic.

dsc05455-1024x768

dsc05456-1024x768

dsc05463-1024x768

Internet jest tutaj za 1 euro-tradycyjnie, ale 25 minut tym razem, wiec chce sie zmiescic w jednej sesji. Koncze- nie wiem kiedy nastepna relacja. Idziemy szukac zarcia. Aha, niemcy pytali sie czy chrapiemy, bo mieli ostatnie 3 noce nieprzespane. Nas wlasnie niemcy budzili swoim chrapaniem. Dobra.

dsc05464-1024x7681

dsc05465-1024x768

dsc05467-1024x768

Wszystko jest na dobrej drodze. Pa.

Wlasnie zapokladowalismy sie w albergue w Rocscenvalles. Cena 6euro, ale cieplej wody pod dostatkiem i calkiem czysto. Internet 1euro za 20 minut- moze zdarze. Rano kupilismy kanapki przed wyjsciem w Pireneje i zostaly nam do teraz, dlatego nie idziemy na menu del peregrino tylko zjemy je teraz i po jednej zostawimy na sniadanie.

dsc05310-1024x768

dsc05317-1-1024x768

dsc05326-1024x768

Pireneje zaskoczyly nas strasznie. Nigdy nie szlismy tak daleko i tak wysoko jednoczesnie. Bylo pieknie, mokro i przyjaznie. Po drodze wyprzedzilismy kilkadziesiat osob i jestesmy bardzo zadowoleni z naszej kondycji.

dsc05341-1024x768

dsc05345-1-1024x768

dsc05348-1024x768

Jutro ruszamy po szostej, bo albergue musimy oposcic miedzy 6 a 8-ma. Zaleznie od pogody ruszymy moze dalej niz zaleca przewodnik Briedleya. Poki co od samej Francji ciagna sie za nami chmury i co chwile kropi deszcz. Nie moge nic powiedziec na temat przepelnienia schronisk, bo bylismy numerkami 48 i 49 na 120 miejsc w albergue a doszlismy tutaj okolo 14tej. Jednak z ilosci osob, ktore minelismy po drodze mozna wywnioskowac, ze sporo osob odejdzie dzis z kwitkiem.

dsc05349-1024x768

dsc05351-1024x768

dsc05352-1024x768

Aha- na podejscu od St.Jean spotkalismy pare polakow, ktorzy przyjechali stopem (z Polski ruszyli w sobote). Poprzednia noc spedzili pod chmurka- nieciekawie, bo padalo. My na szczescie wczoraj mielismy swietna noc i dzis zapowiada sie podobnie. No i znowu klops, bo kolo mnie leza niemki, ktore wczoraj spotkalismy w pociagu z Bayonne.

dsc05362-1-1024x768

dsc05363-1024x768

dsc05370-1024x768

Wytlumaczenie- moje posty moga czasem nie miec sensu. Po prostu, gdy nie mamy dostepu do internetu- piszemy w notatnikach. Dlatego moze sie wydawac, ze oposcilem pare kwestii- po powrocie sie uzupelni.

dsc05365-1-1024x768

dsc05367-1024x7681

Ewa spisala sie doskonale i jestesmy oboje z siebie dumni. Jutro 6.30 wracamy na szlak. Pierwsze 29km pod gorke za nami. Pozdrawiamy wszystkich, mamy sie dobrze.

Jest siódma rano. Spedziliśmy właśnie 3 i pół godziny w samochodzie. Siedzimy na lotnisku Balice i czekamy na naszego Easy Jeta. Internet w miarę tani- 7 i pół minuty za złotówkę.

Modlimy się, żeby z pociągami nam się udało i każda presiadka poszła zgodnie z planem. Ewa zaczęła pędzlować naszą pierwszą bułkę, bo w barze na lotnisku oprócz flaków i bigosu za wiele do jedzenia nie oferują. Sam chyba się dołączę do tego śniadania. Do usłyszenia wkrótce.

Kuba.

Właśnie układamy się do krótkiej drzemki, bo o 3 rano musimy już wstać. Mamy nadzieję, że jutro o tej porze będziemy w pociągu lub autobusie do St. Jean.

Spędziliśmy w Polsce ostatnie 3 tygodnie, mieliśmy masę przygód i nie mamy ochoty się stąd ruszać. Z drugiej strony tak długo czekaliśmy na ten dzień, że nie możemy się doczekać pierwszego dnia na szlaku. Plecaki prawie spakowane- udało nam się zmieścić poniżej 10kg (z wodą, ale bez jedzenia), dlatego zdecydowaliśmy, że kijki trekkingowe zostawiamy w domu.

Mam nadzieję, że na szlaku znajdziemy gdzieś dostęp do internetu i napiszemy kilka słów.