Dzien 12 i 13 – Fromista, Carrion de los Condes

Nocleg w Castrojeriz nie byl tak straszny jak nam sie wydawalo, ze bedzie. Po polnocy cisze zaklocili tylko hiszpanie, ktorzy zdecydowali sie laskawie wrocic z popoludniowego winka w barze. Rano szalony Jose- hospitalero z wybujala wyobraznia- zafundowal nam po kawce na droge, ciasteczkach z maslem i po jablku na pozniej. Nawet zalapalismy sie na uscisk od niego i ostatnia porcje zartow. Droga byla nienajgorsza- tylko za Castrojeriz strome podejscie, ale wynagrodzone pieknym widokiem za plecy i polami slonecznikow o wschodzie slonca. Po kilku kilometrach odpoczelismy na sniadanku w zagajniku posrodku pol, gdzie zagadywal nas hiszpan, ktorego za cholere nie moglismy zrozumiec. Po poludniu inni pielgrzymi opowiadali nam, ze rozdawal on za darmo kawe i owoce dla pielgrzymow- trudno. Droga od samego wejscia na Mesete jest strasznie monotonna i w porownaniu do poprzednich rejonow- nieciekawa. Widoki piekne, ale po tym co widzielismy przez ostatnie 2 tygodnie- juz nas tak nie zachwycaja. Idzie sie strasznie latwo, bo po plaskim, wiec az glupio nam, gdy po 25 kilometrach zatrzymujemy sie na nocleg- ale przeciez nie ma sie gdzie spieszyc. Wczoraj z Castrojeriz dotarlismy na nocleg po 26 kilometrach i byla dopiero 13-ta (a wyszlismy wyjatkowo pozno tego dnia bo o 7mej). Nocleg byl calkiem fajny. Wypralismy w pralce wszystkie moje rzeczy, zeby zabic robactwo, ktore ewentualnie moglo sie gdzies ukryc- razem ze spiworem i plecakiem. Towarzystwo bylo doborowe i poznalismy kilka bardzo ciekawych osob- Anne z Berlina, Ulle z Norwegii, dwie polki z gornego slaska (mijalismy je juz na trasie)- Asie i Gosie, ktore z powodu kontuzji kibluja dwa dni w Fromista oraz pana Andree (Andrzeja)- Francuza polskiego pochodzenia- jak sam sie...

Dzien 8,9,10,11- Granon, San Juan de Ortega, Rabe, Castrojeriz

Nie wiem od czego zaczac. Bardzo dlugo nie mielismy dostepu do internetu, ale nawet gdybysmy mieli- pewnie nie napisalbym ani slowa, bo tyle sie dzialo. Od ostatniej notki ruszylismy do Granon- miejsce polecalo nam wiele osob i pewnie wszystko byloby super, gdyby nie dzien w ktorym tam trafilismy. Gdy doszlismy na miejsce, przywitala nas pani (mowila po angielsku- wiec nam przypasowala) i od razu zaprosila na obiad i kolacje pozniej. Miala byc modlitwa w kaplicy, ale niesety do niej nie doszlo. Zasiedlismy do stolu i najedlismy sie chyba po raz pierwszy od wyjazdu. Wina tez bylo pod dostatkiem. Musze zaznaczyc, ze to albergue miescilo sie praktycznie w budynku kosciola- na trzech poziomach. Na najnizszym, gdzie my zajelismy swoj kawalek podlogi bylo wyjscie na chor kosciola. A dlaczego trafilismy na zly dzien? Co roku w Granon odbywa sie przedstawienie na temat pielgrzymow do Santiagio i samego Camino. W dniu, gdy my tam trafilismy odbywala sie proba generalna. Zaczela sie ona o 22giej a skonczyla nawet nie wiem kiedy- byla to najgorsza noc (jak do tamtego czasu- od wtedy mielismy gorsze). Bylo strasznie glosno i nawet po polnocy budzil nas ryk glosnikow i spiew (musimy przyznac, ze naprawde piekny) choru. Nie rozwijam bardziej tego tematu, bo malo czasu. dopisane po powrocie: Nocleg w Granon zapadł nam w pamięci nie tylko ze względu na próbę chóru w nocy. Zaskoczyła nas niezwykła gościnność hospitaleros. Zostaliśmy napojeni, nakarmieni, dostaliśmy miejsce do spania. Na stoliku na górnym poziomie leży skrzynka na datki (donativo); tutaj jest ona otwarta i widnieje na niej napis: ‚ podaruj ile możesz, lub weź ile potrzebujesz…’ San Juan de Ortega. Z...

Dzien 7 – Azofra

Ewa miala dzisiaj swoje cale 20 minut na internecie- teraz ja sie streszcze. Wyszlismy z Navarette dopiero po 6.30- bo cisza nocna w albergue nas zatrzymała. Bylo calkiem fajnie, wieczorem poszlismy na menu del peregrino. Srednio sie najedlismy. Ja mialem jajko sadzone z boczkiem, na drugie ryba. Ewa salatke i tez rybe. Do tego dostalismy piwo i wino, no i lody na deser- calkiem dobre. Niestety az 10 euro od glowy. W nocy obudzila nas stara niemka, ktora chrapala jak ursus. Na szczescie Ewa zostawila mi pod reka zatyczki do uszu, ktorych nie omieszkalem sie uzyc. Byla tez inna sytuacja wczoraj- Ewie zginal recznik. Albo spadl na ulice i ktos go sobie wzial, alebo ktos po prostu spakowal go sobie do plecaka. Dzisiaj w Najera kupilismy nowy u jakichs chinczykow za 3 euro. Szlo sie calkiem przyjemnie, bo trasa byla dobra. Wczoraj weszlismy do La Rioja- winnego rejonu hiszpanii- wiec wszedzie wkolo tylko winnice. Krajobrazy piekne- gdzie sie nie rozejrzec piekne gory i wioski. W Najera oprocz recznika kupilismy troche jedzenia w markecie, bo nie wiedzielismy czy tutaj bedzie sklep (dalej nie wiem). Doszlismy w ekspresowym tempie i bylismy drudzy na noclegu. Teraz jest 12.45 a my juz jestesmy po kapieli. Nawet postanowilismy rozbic skarbonke i zamowic pranie w pralce (nasze rzeczy potrzebowaly juz porzadnego prania- nie takiego pod prysznicem). Tutaj musze opowiedziec o albergue w ktorym dzisiaj spimy, bo jestesmy tym strasznie podekscytowani. Jest to albergue municipal (czyli miejskie). Od innych rozni sie tym, ze jest nowo wybudowane i swiezutkie. Kosztuje 6 euro- czyli srednia cena, ale dostaje sie pokoj DWUOSOBOWY!!! (kto byl na camino ten wie, co...

Dzien 6 – (zapomnialem gdzie)… Navarette

Dzien byl dlugi- tyle powiem. Wczorajsze schronisko ma minusa i kazdemu odradzam. Casa Mari w Torres del Rio jest bardzo brudne i przeludnione. Rano nawet w kuchni lezeli ludzie (chyba amerykanie). Dzisiaj straszny upal. Rano szlismy w zimnie, zanim nie wstalo slonce. Za nami przez kilka godzin nie bylo nikogo i szlo nam sie bajecznie. Zatrzymalismy sie w dolinie, i jedzac brzoskwinie czekalismy na wschod slonca. Momentalnie zaczelo robic sie cieplej i nasze skostniale rece w koncu dochodzily do siebie. W planie mielismy Legrono albo wlasnie Navarette. Do Logrono doszlismy w okolicach poludnia- strasznie juz grzalo. Logrono to duze miasto i bylismy troche zli, ze musimy tamtedy isc. Czlowiek nie moze sie skupic na swoich myslach i kazdy gdzies pedzi. Minelismy albergue w okolicach wielkiego mostu przez ktory przeszlismy i postanowilismy isc dalej. W kafejce internetowej (bo sklepy pozamykane w niedziele) kupilismy dwie puszki coli i dwa rogaliki. Ruszylismy poza miasto, droga strasznie odkryta i ani miejsca do ukrycia. Poza tym nie bylo gdzie zrobic siku. Odpoczelismy najpierw gdzies w winnicach pod migdalowcem a potem juz przed Navarette w ruinach Hospital del Peregrino. Doszlismy do albvergue gdy bylo jeszcze zamkniete. Na miejscu spotkalismy tego polskiego szafarza (chyba), ktory mieszka w niemczech i mieszkamy dzisiaj w tym samym schronisku- pewnie wieczorem pojdziemy cos zjesc. Otworzyli o 14.30 gdy byla juz kolejka. Teraz nawet nie sprawdzalem, ale jest juz chyba full. Cena 3 euro- najtaniej do tej pory. Duzo miejsca w pokojach, czysto i spoko hospitalero. Pietro nizej mamy jadalnie i jakies ksiazki do czytania. Jedyny minus to piwo w knajpie obok, skad wlasnie pisze- duze za 3 euro- najdrozej na...

Dzien 5 – Torres del Rio

Internet tylko 20 minut- zostalo 12, wiec szybko. Rano ruszylismy o 6.12. W albergue w Estella dostalismy na sniadanie suchary z dzemem. Pobudka byla niesamowita (my wstalismy kolo 5.30- jak polowa albergue). Z glosnikow lecialo „No woman, no cry” i inne przeboje Marleya. Chcialo nam sie plakac, ale ruszylismy w droge. Hospitalero rzucil „buen camino” i za pol godziny bylismy w gorach poza miastem. Szlo sie swietnie. Pierwsze 17 kilometrow lyknelismy w 3 i pol godziny. Widoki byly bajkowe i mowilismy, ze gdyby to bylo w Polsce- musielibysmy stanac i robic zdjecia naokolo. Bylo super. Minelismy wiec Los Arcos, gdzie mielismy w planie nocowac i poszlismy dalej- do Torres del Rio, gdzie nocujemy dzis. Przeszlismy wiec jakies 28 kilometrow. Dobrze, ze poszlismy dalej, bo kilometr przed Torres spotkalismy Tomka i Dagne, ktorych poznalismy w Arre. Oni ida raczej zolwim tempem i wczoraj podjechali autobusem- dlatego byli przed nami. Opowiadali o nas innemu polakowi, ktory mieszka w niemczech, ktorego tez poznalismy dzis na trasie. Byl pelen podziwu dla nas, gdy dowiedzial sie, ze idziemy z Estelle. Albergue w Torres del Rio (privado) jest brudne jak cholera i jest pelno much. Widok z tarasow na piekna miejscowosc i okolice niestety tego nie rekompensuje. Lodowka smierdzi i lozka nie byly sprzatane pewnie od kwietnia. Piwo tanie- san miguel za 80 centow, wiec pijemy. Okazalo sie, ze Tomek jest lekarzem, wiec Ewa juz dopytuje sie o wszelkie dolegliwosci i zaczerpuje rad u niego. Sklep w wiosce slaby, wiec chyba jutro staniemy na poj godziny w Legrono na zakupy i bedziemy je targac dalej (jesli pojdziemy dalej niz Legrono- Ewe bola nogi). Nasz najdalszy...
Fatal error: Call to a member function build_links() on null in /home/kubarefe/domains/mypielgrzymi.com/public_html/wp-content/themes/Divi/sidebar.php on line 10